Światowej sławy architekt
18 lipca 2010 // Brak komentarzy » // Androny ogólne
Tagi: architektura / denver museum of art / libeskind / media / royal ontario museum / warszawa / wtc / złota 44
Przy okazji lektury kolejnego artykułu na temat inwestycji o nazwie „Złota 44″ natrafiłem na zwrot stosowany podejrzanie często w temacie osoby architekta odpowiedzialnego za projekt tego budynku, pana Libeskinda. Nie był to pierwszy artykuł czy wzmianka na temat tego projektanta, z którymi miałem możliwość się zapoznać, po jakimś czasie rzuca się w oczy więc pewna prawidłowość. „Kilka tygodni temu o przyspieszenie rozpatrywania sprawy zaapelował Daniel Libeskind, światowej sławy architekt, który zaprojektował wieżowiec” – chodzi o trzy słowa z tego zdania cytowanego za artykułem Gazety Wyborczej – „światowej sławy architekt”. Normalnie nie zwróciłbym uwagi na to określenie, w końcu każdy ma prawo do subiektywnej opinii, tak samo jak każdy może przecież zasięgnąć języka i potwierdzić sławę czy osiągnięcia danej osobistości by wyrobić sobie swój własny osąd. Jednak dotąd niespecjalnie potrzebny do życia był mi taki osąd, architektura podobnie jak sztuka bardziej mnie ziębi niż grzeje, choć z nadęcia się pośmiać lubię zawsze, ze swojego najbardziej, ale trzeba przecież dywersyfikować źródła absurdu. Postanowiłem sprawdzić jak to jest z tą sławą i uznaniem dla pana Libeskinda, gdyż miałem wrażenie, że wspomniane trzy słowa pojawiają się w większości wzmianek o tej osobie – zaznaczam jednak, że nie miała to być krytyka i szukanie haków na tego projektanta, bardziej gryzło mnie w tym przypadku bezmyślne (jak się okaże) powtarzanie frazesów przez media. Zjawisko to nie ogranicza się do Polski, więc nie można tłumaczyć tego tylko i wyłącznie syndromem Małysza (Libeskind jest polskiego pochodzenia). Taka odrobina dziennikarstwa śledczego, a może raczej bezinteresownego FYI.
Nie trzeba długo szukać by trafić na pierwszy podejrzany fakt, na który zwraca uwagę na swoim blogu pewne australijskie studio architektoniczne – fraza „world renowned architect” pojawia się na stronie studia Libeskinda trochę ponad 6800 razy – no cóż, za egocentryzm dobremu architektowi punktów odebrać nie można. Komentarze pod wpisem na wspomnianym blogu jednak mnie zaciekawiły – jeden z nich sugeruje, że wystarczy zamknąć dwóch architektów w jednym pomieszczeniu, a w ciągu pięciu minut któryś opowie żart na temat Libeskinda. Inny twierdzi, że większość ludzi zgodziłaby się, że Libeskind jest światowej sławy, ale dupkiem. Przyznam szczerze, że tego się nie spodziewałem, karmiony jak dotąd zapewnieniami o tym, jakim wspaniałym architektem jest Daniel Libeskind. No ale tak negatywne opinie wypada potwierdzić, odwiedziłem więc strony kilku innych serwisów architektonicznych takich jak archiCentral, designboom czy Architectural Record. No i wszędzie powtarza się ta sama sytuacja – „prace Daniela Libeskinda z projektu na projekt stają się coraz bardziej idiotyczne”, „Libeskind to przede wszystkim nazywanie błyskotek architekturą” – to akurat komentarze na temat projektu „Złota 44″. W wielkim skrócie powtarza się opinia mówiąca, że Libeskind jest niekompetentny, nie ma pojęcia o architekturze i notorycznie wygaduje bzdury na temat swoich budynków. No dobrze, niektórzy byliby już przekonani, ja jeszcze nie jestem.
Ciężko powiedzieć czy ta cała sława przyszła przed czy po, ale Libeskind zgłosił się do konkursu o projekt zabudowy terenu World Trade Center i w 2002 roku to jego projekt został wybrany jako zwycięski, trzeba przyznać, że to całkiem prestiżowe zlecenie, wydawałoby się, że nie dla pierwszej lepszej osoby z ulicy. Wybór projektu Libeskinda od początku okazał się być dość kontrowersyjny – projekt ten zakładał powstanie 541-metrowego drapacza chmur, Libeskind natomiast nie zaprojektował nigdy wcześniej budowli wyższej niż trzy piętra. I faktycznie, niedługo okazało się, że projekt Libeskinda jest niemożliwy do zbudowania – dosłownie fizycznie niemożliwe jest, żeby taki budynek ustał – drobna kompromitacja. Zaproszono więc kolejnego architekta, Davida Childsa, który we współpracy z Libeskindem miał zmienić najwyraźniej frywolne rysunki w realistyczny architektoniczny projekt. Odbyła się wielka gala zapowiadająca zbliżającą się odbudowę terenów po WTC, zaproszono wyśmienitych gości, z wielką pompą ogłoszono projekt Davida Childsa (przy udziale Libeskinda). NYPD czyli nowojorska policja szybko jednak projekt zestrzeliła, najwyraźniej Libeskind wraz z Childsem mieli zamiar postawić budynek na tunelu drogowym co terrorystom z odpowiednio dużą ciężarówką znacznie ułatwiłoby zorganizowanie powtórki z historii – światowej sławy architekci najwyraźniej o tym szczególe zapomnieli. Libeskind został pożegnany, nie dostał też ani grosza za swój udział w projekcie.
Każdemu może zdarzyć się wpadka, prawda? Czas przyjrzeć się innym projektom Libeskinda i raz na zawsze wyeliminować pogłoski o jego niekompetencji. Jednym z jego bardziej znanych budynków jest przybudówka do Muzeum Sztuki w Denver znana jako Hamilton Building. Od momentu jego otwarcia w 2006 roku budynek przecieka. W architekturze podobno często stosuje się zasadę firmitas, utilitas i venustas czyli solidności, funkcjonalności i piękna (według mojego rozumienia w każdym razie). W tym wypadku okazuje się, że projekt Libeskinda spełnia tylko tę ostatnią funkcję i to też tylko subiektywnie, na co zwraca uwagę kolega po fachu Libeskinda. Solidność prawdopodobnie nie stwarzałaby ryzyka zalania bezcennych dzieł sztuki jak ma to miejsce obecnie, funkcjonalność zadbałaby o możliwość podziwiania tych dzieł na ścianach zbudowanych prostopadle do podłogi, zamiast tego zwisają one z sufitu, pod kątem do skośnych ścian – sam nie jestem miłośnikiem sztuki, ale nawet mi wydaje się to być utrudnianiem podziwiania dzieł i delikatnie mówiąc marnotrawieniem przestrzeni. A piękno – cóż, niech każdy sam oceni.
Dwie wpadki to jeszcze nie grzech, każdy zasługuje na trzy szanse, a niektórzy nawet na siedemnaście. Może rozbudową Royal Ontario Museum w Toronto (swoją drogą bardzo przypominającą Hamilton Building) Libeskind poprawi swój wizerunek? Co za pech, w 2009 roku Washington Post uznał ten budynek (zwany Michael Lee-Chin Crystal) za Najbrzydszy Budynek Dekady jednocześnie nie pozostawiając suchej nitki na jego funkcjonalności. Los nie chce mu najwyraźniej odpuścić – jak to jest, że z jednej strony otrzymuje nagrody (choć żadnej z tych prestiżowych w architekturze), a z drugiej strony ma opinię „kiepskiego projektanta” z zaznaczeniem by nie mylić go z „architektem”, a na koncie ma kilka głośnych kompromitacji? Nie potrafię tego wyjaśnić. Z tego co widzę tworzy mało oryginalne i (subiektywnie) brzydkie budowle, z tego co czytam są one albo niemożliwe do zbudowania albo mają wady strukturalne albo są skrajnie nieużyteczne, więc jakim cudem wciąż brany jest pod uwagę w poważnych konkursach? Może czas aby zadać sobie pytanie czy aby wstrzymanie prac nad „Złotą 44″ nie jest błogosławieństwem dla Warszawy, a szczególnie dla potencjalnych mieszkańców tego budynku? Bo „światowej sławy architekt” najwyraźniej sławny jest głównie z tytułu kompromitacji, na najwyższym szczeblu – przyznaję, ale jednak kompromitacji.
Na koniec, powiedziałbym – anegdota, ale to także prawdziwa historia. W rozmowie z New York Timesem Libeskind wspomina o tym, jak zaprojektował swoje mieszkanie na Manhattanie, niedługo potem jednak gazeta zmuszona jest umieścić sprostowanie – projektantem okazał się być inny architekt, Alexander Gorlin, a Libeskind stwierdza, że o tym, że ktoś innym zaprojektował jego mieszkanie po prostu zapomniał. W serwisie curbed.com znajduję dobitne podsumowanie Libeskinda: „Chciałbym dowiedzieć się w jaki sposób można wybrać najgorszy budynek Libeskinda? Gdy średni poziom jego prac jest tak niski jakimi kryteriami można się posłużyć?” – a w naszych i zagranicznych mediach Libeskind pozostanie zapewne największą sławą nowoczesnej architektury przez najbliższe kilka lat, przynajmniej dla tych, którzy opinie wyrabiają sobie przez powtarzanie cudzych.
Ale klamki projektuje zajebiste.
Źródła:
archiCentral, designboom, Architectural Record, Curbed, structurehub.com, dezeen.com, Gazeta Wyborcza
Domagamy się pomnika!
18 lipca 2010 // Brak komentarzy » // Oto Polska
Tagi: katastrofa smoleńska / konstytucja / krzyż / polska / prawo
Odcinek XXI
7 marca 2010 // Komentarze: 2 » // Azja 2009/2010
Tagi: azja / buddha park / laos / vang vieng / vientiane / xieng khuan
Dzień 53
18 lutego 2010
Vientiane, Laos
17° 58′ N, 102° 36′ E
Ciezko sie zabrac za cokolwiek konstruktywnego jak napisanie kilku zdan czy lekture glupiej ksiazki. Nawet lezenie bez ruchu w pelnym neglizu jest meczace, dzis w Vientiane 39 stopni. Chowam sie przed upalem w klimatyzowanych kafejkach internetowych, a koszulke i tak moge wyzymac kilka razy dziennie. W momencie gdy pisze te slowa, dzien przed wjazdem do Tajlandii, mam juz dosc spore zaleglosci w relacjach, ale pocieszam sie tym, ze powstaja one tylko dla mnie (choc kilka osob bedzie byc moze rozczarowanych gdy zarzuce ten proceder), jako swego rodzaju notatki, ktorych byc moze nigdy wiecej nie przeczytam, a przeciez wszystko poza nieprzydatnymi szczegolami i tak mam we wlasnej glowie. Moze jeszcze nadrobie te zaleglosci, ale w tym momencie jest mi wszystko jedno.
Dzien przed (pierwszym) wyjazdem ze stolicy, 17 lutego, postanowilem wybrac sie w miejsce potocznie nazywane Parkiem Buddy lub Xieng Khuan. Oddalone jest od Vientiane o okolo 25 kilometrow i mozna tam dotrzec na rozne sposoby. Niektorzy wybieraja tuk-tuka – opcje, ktora zbadalem z ciekawosci, mimo ze spodziewalem sie zaporowych cen – faktycznie za wycieczke do Xieng Khuan kierowca zadal 150000 kipow czyli prawie 20 dolarow. Udalo mi sie zbic cene jedynie do 100000 kipow. Opcja najprostsza, najtansza i najbardziej wierna idealom podrozowania w stylu „zrob to sam” to lokalny autobus o numerze 14 odjezdzajacy co okolo pol godziny z dworca autobusowego Talat Sao. Bilet kosztuje jedynie 5000 kipow (1,70 PLN), a podroz trwa niecala godzine. Autobus zatrzymuje sie na dluzsza chwile przy przejsciu granicznym i wjezdzie na Most Przyjazni, laczacym tajski brzeg Mekongu z jego laotanskim odpowiednikiem.
W zwiazku z tym, ze srednio mam ochote dodatkowo prazyc swoje zwoje mozgowe na tworzeniu lirycznych opisow przyrody wrzucam kilka zdjec. Aha, bilet wstepu do parku to 5000 kipow + 3000 kipow jesli ma sie ochote robic zdjecia. Oczywiscie nikt nie biega za nosicielami aparatow sprawdzajac bilety, ale raczej do skapcow nie naleze i nie bede sie zastanawial nad niecala zlotowka, wiec wreczylem panu na kasie cale 8000 kipow. Park zostal zbudowany pod koniec lat 50-tych ubieglego wieku przez szalonego szamana i podobno po drugiej stronie granicy, w Nong Khai (skad biezy moj dylizans do Bangkoku) jest blizniaczo podobny park, stworzony przez te sama osobe. No to teraz obrazki.
Na zdjeciu powyzej lokalny laotanski autobus relacji Vientiane – Vang Vieng przygotowywany do wyjazdu. Nastepnego dnia po wizycie w Xieng Khuan wyruszylem na jego pokladzie na polnoc. I szczesliwie bylem jedynym fa rang na pokladzie, jesli nie liczyc poznanego w trasie Malezyjczyka, Yonga, z ktorym krzyzowalismy sciezki czesto w Vang Vieng i okolicach. Wybierajac lokalny transport omija sie watahy backpackersow, ktorzy zazwyczaj wybieraja opcje transportowe z biur podrozy, doswiadcza sie rzeczywistosci danego miejsca, poznaje sie lokalna ludnosc i jeszcze na koniec placi sie mniej. Ja za bilet do Vang Vieng zaplacilem 30000 kipow (10 PLN), opcje prywatne zaczynaja sie od 50000 i nie zdziwilbym sie gdyby niektorzy „podroznicy” placili nawet i 100000 kipow za te trzy i pol godziny jazdy. Autobus byl pustawy, choc tyl byl zaladowany roznymi pakunkami. Jechalo sie wygodnie, a Laotanczycy usmiechali sie do mnie jako jednej z glownych atrakcji naszej podrozy. Okolo poludnia przemierzalem juz dawny pas startowy wykorzystywany w latach 60-tych i 70-tych przez CIA i Air America nazywany pieszczotliwie Lima Site 6, kierujac swoje kroki w strone glownych zabudowan Vang Vieng. Ale o tym pozniej.























