Archive for Grudzień, 2009

Odcinek III

// Grudzień 30th, 2009 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 2
29 grudnia 2009
Mong Kok, Hong Kong
22°19′ N, 114°10′ E


O zesz w morde… Ladowanie w Hong Kongu bylo wyjatkowo miekkie, nawet sie nie zorientowalem kiedy zjechalismy z pasa startowego. Bylo jeszcze jasno, choc spodziewalem sie mroku, w rezerwacji podana byla pozniejsza godzina przybycia. Jeszcze na pokladzie otrzymalem dwa druki do wypelnienia, jeden dotyczacy ewentualnych objawow swinskiej grypy, dla lokalnego ministerstwa zdrowia, drugi ogolny, na podstawowe informacje dotyczace wjazdu i pozniejszego wyjazdu z Hong Kongu. Ten drugi nalezy zachowac do momentu opuszczenia tego miejsca. Na miejscu okazalo sie, ze sa problemy z roamingiem, poczatkowo myslalem, ze chodzi o inny zakres GSM, ale pozniej ni z tego, ni z owego, zasieg sie pojawil, telefon odzyskal mozliwosc funkcjonowania i dzieki temu moge za jedyne 1,5 PLN od sztuki wysylac smsy do kraju. Juz na lotnisku z pomoca bankomatu zaopatrzylem sie w lokalna walute na caly czas pobytu w Hong Kongu, z karta VISA nie ma z tym najmniejszych problemow, domyslam sie, ze MasterCard tez nie sprawia trudnosci. Lotnisko jest ogromne, naliczylem cztery czy piec poziomow, na szczescie jest dobrze oznaczone i przemierzanie powierzchni kilku lotnisk Okecie nie jest problematyczne. Na pobliskim dworcu autobusowym, nabylem w okienku obslugiwanym przez mila pania mowiaca po angielsku („a little”) bilet na autobus A21 (33 HKD, 13 PLN), ktory po niecalej godzinie dowiozl mnie do dzielnicy Mong Kok.

Mong Kok, Hong Kong

Dopiero tutaj z cala sila trafilo mnie to „o zesz w morde” z poczatku wpisu. Mong Kok to dzielnica handlowa, ale i tak zaskoczyla mnie swoja ruchliwoscia, o godzinie 20 byla doslownie zapchana ludzmi i samochodami, jak tysiace malych mrowek tlumy przelewaly sie po chodnikach, wszedzie blyskaly neony, ze straganow unosily sie zapachy miliona potraw, a tlo muzyczne stanowila mieszanina chinskich hitow z glosnikow, pokrzykiwan i dzwiekow klaksonu. Objuczony plecakiem i torba probowalem znalezc w tym chaosie (lub czejosie) swoj hostel. Mialem nawet wydrukowana szczegolowa mapke z opisem jak tam trafic. Przez pierwszy kwadrans nie bylem jednak do konca pewien tego na jakim kontynencie sie znajduje, nie mowiac o ulicy.

Po pol godzinie odnalazlem odpowiedni budynek, ten sam, ktory mijalem wczesnie zapewne trzy czy cztery razy. Wejscie nie bylo oznakowane, zdalem sie na intuicje i trafilem, „a hole in one” jak mowia jankescy golfiarze. Wybralem winde zatrzymujaca sie na pietrach nieparzystych (druga zatrzymuje sie tylko na parzystych) i po chwili moglem w koncu zrzucic z siebie bagaze. Pokoj dostalem na pietrze szostym, nie jest duzy, ale ma wszystko czego moge potrzebowac, lozko, klimatyzacja, jest nawet telewizor i telefon z bezposrednim numerem do mojego pokoju (00852 2392 8025 jesli ktos ma ochote). Lazienka jest zaraz za sciana, jest jednoczesnie toaleta i kabina prysznicowa, spelnia w kazdym razie swoje zadanie. Sam budynek to trzy skrzydla, kazde po okolo 16 pieter i tak na oko miesci sie w nim jakies siedem milionow mieszkan. Cztery noclegi w tym miejscu o nazwie Dragon Hostel to wydatek rzedu 800 HKD (290 PLN) czyli jakies 72 PLN za noc, calkiem niezle jak na nienajtanszy w koncu Hong Kong.

Dragon Hostel, Sincere House

Po zapoznaniu sie z miejscem nocowania ponownie trafilem w objecia siedmiomilionowego stada. Nie lubie tlumow, zwykle chce jak najszybciej przebrnac przez nie do swego miejsca docelowego. W tej nowej sytuacji nie mialem jednak komfortu pospiechu, nie o to zreszta przeciez chodzi. Nie wiem czy jest tu tak przez caly rok, ale na dluzsza mete oszalalbym w tym chaosie. A jednak mozna wlac kilka milionow ludzi w kwadrat 25 na 25 przecznic i doprawic to miksem bodzcow wizualnych, zapachowych i dzwiekowych. Nie wiem kto to projektowal, ale w pewnym momencie musial sobie zdac sprawe z tego, ze nieodzowne bedzie budowanie wzwyz, a nie wszerz i jak pomyslal, tak zrobiono.

Przed dlugo wyczekiwanym snem zaopatrzylem sie jeszcze w kolacje w postaci „bulki z czyms” (7 HKD/2,5 PLN) i butelki wody 1,5L (Volvic – 25 HKD/9 PLN) oraz skorzystalem z komputera z dostepem do sieci, dostepnego nieodplatnie w recepcji hostelu.

A potem, juz w pokoju, bardziej stracilem przytomnosc niz zasnalem, prawie dokladnie 21 godzin od momentu wylotu z kraju.

Odcinek II

// Grudzień 30th, 2009 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 1
28 grudnia 2009
Paryz, Francja
49°0′N, 2°32′E


Dzien wylotu. W Polsce sypie, nie wszedzie, ale w okolicach Okecia sypie dosc porzadnie, wiec przez chwile zastanawialem sie czy uda sie w ogole opuscic kraj. Wielkich opoznien ani odwolan lotow jednak nie bylo, choc samolot wystartowal mniej wiecej pol godziny po czasie. Musial przejsc jeszcze de-icing na plycie lotniska, bo daleko z tym lodem na skrzydlach bysmy nie zalecieli. Nie wiem jakie praktyki uskutecznia Air France, ale najwyrazniej sprzedali wiecej biletow niz jest miejsc w samolocie, wiec i tak dobrze, ze w ogole wylecialem. W Paryzu mialem miec niecale dwie godziny na przesiadke, skonczylo sie na okolo godzinie, zdazylem tylko zbadac trase do odpowiedniego terminalu, zapalic, kupic sobie butelke wody i juz rozpoczynal sie boarding. A przepraszam, skorzystalem jeszcze na De Gaulle’u z toalety, co samo w sobie bylo przygoda, bo jak inaczej nazwac broczenie po kolana w wodzie (ekhm, niewiadomego pochodzenia).

Zapakowanie ponad trzystu pasazerow do Boeinga 777-200 jednak troche trwa, ale ja po 10 minutach bylem juz na pokladzie. Miejsce w samolocie wybralem najlepsze z mozliwych, ostatni rzad w srodku, malo ruchu wokol, a na dodatek okazalo sie, ze dwa miejsca obok mnie sa wolne, jedyne takie miejsce w calej maszynie. W dalszej czesci lotu okazalo sie to zbawienne, gdy zaczynalem juz myslec o samodzielnej amputacji swoich dolnych konczyn stwierdzilem, ze nie ma sensu sie cackac i rozwalilem sie jak krol na wszystkich trzech siedzeniach. Lot calkiem przyjemny, dobre jedzenie, filmy chyba mniej, bo na „Funny people” zasnalem. Okolo 17.30 lokalnego czasu wyladowalem w zachmurzonym, ale cieplym i dusznym Hong Kongu, z ktorego pierwsze relacje juz niedlugo. Juz teraz wiem, ze pierwsza zaczne od slow „o zesz w morde” ;-)

Odcinek I

// Grudzień 17th, 2009 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień -11
17 grudnia 2009
Skierniewice, Polska
51°58′N, 20°09′E


Wojaż azjatycki coraz bliżej, pozostało jedynie 11 dni. (To także tylko 11 dni żeby doprowadzić tego blogaska do porządku, ale dam radę, no bo kto jak nie ja?) Dnia dwunastego lądować będę na lotnisku Chek Lap Kok w Hong Kongu po ponad jedenastogodzinnym locie z Paryża. Stwierdziłem, że pierwsze noclegi należy jednak zarezerwować wcześniej, gdyż na po przybyciu przewiduję stan podwyższonego ryzyka padnięcia na pysk, a co za tym idzie wolałbym nie biegać po mieście w poszukiwaniu noclegu. Na takie przygody przyjdzie czas niedługo później i będzie to trwało kolejne cztery miesiące. Nocleg wybrałem szybko, w oparciu o opinie w sieci i niewygórowaną cenę, pokoje w Dragon Hostel w dzielnicy Mong Kok przypominają cele więzienne, mój nie ma na dodatek własnej łazienki, ale przeczuwam, że to i tak standard podwyższony w stosunku do miejsc, w których będę spędzał długie noce na dalszych etapach wędrówek. Dzienna stawka to okolice 15 USD za pokój jednoosobowy, więc mogło być gorzej, Hong Kong to jednak nie Laos, gdzie zdarzają się noclegi za dolara, a i hostel znajduje się w dość dogodnym miejscu, więc długo się nie zastanawiałem.

Jeśli chodzi o dalsze punkty trasy to jak dotąd istnieje plan jedynie na pierwszy tydzień. Po czterech dniach w Hong Kongu spędzonych zapewne głównie na aklimatyzacji, wsiadam tam na prom do Macao, gdzie spędzę tylko jeden dzień i skąd 3 stycznia wylecę do Hanoi, z przesiadką w Singapurze. Trasa trochę naokoło, ale, jeśli się nie mylę, i tak krótsza od pierwotnie planowanej z przesiadką w Bangkoku. Przewoźnikiem będzie Tiger Airways i wieczorem 3 stycznia wyląduję w Hanoi, gdzie szukanie noclegu nastąpi dopiero na lotnisku wśród tłumów tamtejszych naganiaczy. Kolejny planowany lot dopiero w kwietniu, skok płatowcem AirAsia z Singapuru na indonezyjską wyspę Bali, w ramach la grande finale. Następnego dnia po przybyciu do Hanoi chciałbym wsiąść już w nocny pociąg do Lao Cai przy granicy chińskiej, skąd trafię do Sa Pa, gdzie chciałbym spędzić 4-5 dni, chodząc po okolicznych górach i wąwozach, odwiedzając wioski rdzennych mieszkanców tego regionu, ludu Hmong. I na tym plan się kończy i ten brak sztywno wyznaczonej marszruty był jednym z warunków jakie stawiałem sobie w momencie poczęcia idei tej podróży.

Zostało 11 dni i oczywiście swoim zwyczajem wiele rzeczy robię na ostatnią chwilę. No cóż, zawsze to dla mnie działało, nie widzę sensu w zmienianiu zwycięskiej taktyki. Kompletowanie sprzętu (brzmi bardzo poważnie, choć takie nie jest) zacząłem od zakupu szybkoschnącego ręcznika (Tek Towel – 85 PLN), choć celem pierwszych zakupów miał być plecak. W tym celu udałem się do świątyni kultu złotego cielca, galerii handlowej, a dokładnie dwóch, Galerii Mokotów oraz Złotych Tarasów w DC (Default City). Nie marnowałem czasu na sączenie lanserskej kawy za 40 złotych ani przyklejanie się do wystaw sklepowych z postępującym wypustem śliny, żwawo przecinając alejki zatrzymywałem się tylko przy witrynach ze sprzętem turystycznym i sportowym, raz tylko poddając się empikowi. Plecak powinien być lekki i nieduży, klimat w tej części Azji wybacza niewiele, a biegać będę z tym plecakiem na plecach dobre cztery miesiące, stąd przykazanie aby ów bagaż nie miał pojemności większej niż 35 litrów. Owe 35l to taki większy tornister, co nie ułatwia jego znalezienia, szczególnie gdy ogromna większość oferty dotyczy plecaków w okolicach 60-80 litrów pojemności. W sklepie firmowym North Face w Galerii Mokotów bieda straszna, pięc plecaków na krzyż, może jeden tylko nieduży, a wszystkie ciężkie, trekkingowe. W złototarasowym Intersporcie już dużo lepiej, kilka modeli 28, 30 i 38 litrów, zostawiłem sobie jeszcze trochę czasu na wybór, w najbliższy poniedziałek udaję się tam już z zamiarem zakupu. Tego dnia odbieram też swoją 30-dniową wizę wietnamską (150 PLN, Resorowa 36, Warszawa, formularz, paszport, jedno zdjęcie 4×6). Na liście rzeczy do zrobienia pozostaje wciąż kupno naszyjnej saszetki na dokumenty, zapięcia z szyfrem, małego kalkulatora (czeka mnie sporo targowania się), być może moskitiery, sporych rozmiarów dziennika oraz kart pamięci do aparatu. Wszystko inne dostanę na miejscu jeśli zajdzie taka potrzeba. Jeszcze słowo o wizach i aparacie – poza wizą wietnamską otrzymałem także wizę laotańską (miesiąc w Laosie od około połowy lutego) – tę w zasadzie od ręki można otrzymać w ambasadzie na ulicy Usypiskowej 8 w DC, potrzebne jest 90 PLN, formularz, paszport i dwa zdjęcia 4×6. Wszystkie pozostałe wizy będę zdobywać na granicach, jest to, po pierwsze, rozwiązanie dające mi pewną swobodę w układaniu trasy, a po drugie jest to zwyczajnie tańsze, a pozostałe do zdobycia wizy dotyczą Kambodży, Tajlandii oraz Indonezji (Singapur i Malezja, tak jak Hong Kong wiz od Polaków nie wymagają). Wracając do aparatu, już jakiś czas temu stwierdziłem, że zabieranie ze sobą lustrzanki okazać się może udręką, nie dość, że ma ona swoje gabaryty i wagę to jeszcze wypadałoby się z nią delikatnie obchodzić. W związku z tym zdecydowałem się na zwyczajnego kompakta, tak zwaną syfrówkę. Miała być przede wszystkim wytrzymała, jeśli będzie przy tym wodoszczelna to nawet lepiej. Pozostał wybór między aparatami Olympusa z serii Tough, Pentaxem Optio W60 i aparatem Panasonic DMC-FT1 – długo skłaniałem się ku temu pierwszemu (konkretnie modelowi 6000) ale ostatecznie padło na droższego, ale bardziej docenianego Panasonica (Allegro, 1149 PLN). Teraz już z czystym sumieniem mogę nim ciskać o ściany, podtapiać i przypalać go papierosem, aparat dla prawdziwego sadomasochisty, okaże się jednak dopiero w trasie jak się tak naprawdę sprawdza.

O czym jeszcze należy pamiętać – szczepienia i ubezpieczenie. Ubezpieczenie na wyjazd kupowałem pierwszy raz w życiu, wcześniej na podróże po 4- i 5-gwiazdkowych europejskich hotelach wydawało mi się być zbędnym wydatkiem, w końcu jestem tylko rzut beretem od domu, gdziekolwiek sie on wtedy znajdował. Na cztery miesiące w innym klimacie po drugiej stronie globu może się jednak przydać. Dentysta, kontuzja, dekapitacja, przypadki chodzą przecież po ludziach. Czteromiesięczne ubezpieczenie w World Nomads (Bupa) to już nie są drobne, 415 EUR, ale przynajmniej jedno zmartwienie jest z głowy. Jeśli chodzi o zalecane szczepienia wielka czwórka to WZW A, WZW B, tężec i błonica. Polio i dur brzuszny to najwyraźniej skrajna nadgorliwość, to pierwsze jest w zaniku, a drugie potrzebne jest jedynie w sytuacjach klęsk żywiołowych jak na przykład powodzi. Byłem pozytywnie zaskoczony sprawnością lokalnego skierniewickiego Sanepidu, od ręki zostałem pokłuty w oba ramiona, bez kolejek, kwadrans i po zawodach. Jeden zastrzyk szczepienia połączonego na WZW A + WZW B to 110 PLN, pełne szczepienie to trzy zastrzyki, drugi po miesiącu od pierwszego i ostatni, trzeci, pół roku później. Łatwo wyliczyć – 330 PLN za odporność na WZW przez około 10 lat. To szczepienie dobrze jest mieć w każdej części świata. Błonica i tężęc – także połączone – to pojedynczy zastrzyk i tylko 10 PLN, ale już po kilkunastu godzinach dowiaduję się czemu tak tanio, łapa bolała mnie po nim dobre trzy dni. Dziś czas na drugi zastrzyk WZW, ostatni dopiero trzy tygodnie po powrocie, ale to już będzie całkiem inna epoka.