Archive for Luty, 2010

Odcinek XIX

// Luty 28th, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 49
14 lutego 2010
Pakse, Laos
15° 07′ N, 105° 47′ E


Pakse znajduje sie w dosc kluczowym miejscu na mapie Laosu, stad blisko jest do granicy z Tajlandia, nie tak daleko do granicy z Kambodza i calkiem blisko do granicy z Wietnamem. Dodatkowo jest stolica prowincji Champasak i najwiekszym miastem w regionie. Wraz z Benem dotarlismy tam krotko po czternastej i po wyladowaniu bagazy usiedlismy na krawezniku niedaleko skrzyzowania i w obliczu braku jakichkolwiek znakow i tablic okreslajacych nasza pozycje probowalismy rozgryzc w ktorej czesci Pakse sie znajdujemy. Jak sie okazalo skrzyzowanie, kilka metrow od nas, to najruchliwszy punkt miasta, co w Laosie, w tym przypadku przynajmniej, oznacza, ze mozna spokojnie polozyc sie na jego srodku i zdrzemnac sie. I punkt ten znajduje sie dokladnie w samym srodku centrum Pakse. Czas rozejrzec sie za noclegiem, ruszylismy wiec glowna ulica i trafilismy na Lankham Hotel, wspominany w przewodniku Lonely Planet jako miejsce warte swojej ceny. W zwiazku z tym, ze miejsce znajduje sie na krotkiej liscie polecanych miejsc w przewodniku spodziewalem sie nie tyle wysokich cen co zwyczajnie kiepskiej jakosci. I jak sie okazalo nie pomylilem sie, pokoje brudne, zakurzone, a w recepcji wolaja 90000 kipow (11 USD/33 PLN), calkiem sporo. Ben stwierdzil, ze nie zostaje na noc w Pakse i lapie nocny autobus do Vientiane, udal sie wiec do biura podrozy organizowac dla siebie transport, kiedy ja wlasnie wdrapywalem sie na trzecie pietro Royal Pakse Hotel aby ocenic tamtejsze warunki. Zdecydowalem sie wziac pokoj, ktory kosztowal takze 90000 kipow, ale dodatkowo wyposazony byl w klimatyzacje i telewizor. To pierwsze przynosi szczegolna ulge.

Pakse, Laos

Sam nie bylem pewien jak dlugo zostane w Pakse, rozwazalem jednodniowy wypad do Champasak w celu zobaczenia Wat Phu Champasak, swiatyni zbudowanej na szczycie wzgorza gorujacego nad oddalonym o godzine od Pakse miasteczkiem. Oczywiscie biura podrozy oferuja bilety na minibus do Champasak za 55000 kipow gdy wystarczy wybrac sie na dworzec autobusowy i lokalnym autobusem dotrzec mozna tam za jedyne 15000. Opcje wycieczkowe sa juz kompletnym zdzierstwem, za jednodniowy wypad licza sobie od 28 do 45 dolarow od jednej osoby. Rozwazalem takze dluzszy wypad do Tat Lo, 90 kilometrow na wschod od Pakse, na plaskowyzu Bolaven. Koniec koncow odrzucilem wszystkie te opcje i postanowilem zostac w Pakse jeden dzien, a potem udac sie dalej na polnoc, do stolicy.

W Pakse znajduje sie kilka kafejek internetowych, Ben biegal jednak w kolko sepiac o darmowe wi-fi, dzieki ktoremu moglby korzystac ze skype’a za pomoca swojego jaTelefonu. Ja skorzystalem z okazji i zaczalem zrzucac zdjecia z kart, upewniwszy sie najpierw do ktorej czynna jest kafejka. Mimo uzyskania przeze mnie satysfakcjonujacej odpowiedzi na te kwestie kilkanascie minut pozniej oznajmiono, ze kafejka jest wlasnie zamykana. Dzis Sylwester Chinskiego Nowego Roku. A Chinski Nowy Rok to w wiekszosci Indochin wciaz dosc powazna uroczystosc. I rozciagla… W niektorych miejscach swietuje sie Nowy Rok przez ponad dwa tygodnie, tutaj jednak „tylko” przez cztery dni. Oczywiscie Lao Lao leje sie strumieniami, palce kleja sie od ryzu, a ulice patrolowane sa przez oddzialy ubranych na czerwono i zolto tancerzy i spiewakow. Bije sie w pokazne bebny, glowa papierowego lwa tanczy w gore i w dol, a grupa przemieszcza sie tak od lokalu do lokalu, otrzymujac datki, ale najczesciej paliwo – czyli lao lao.

Chinski Nowy Rok

W okolicy centrum Pakse znajduja sie tylko dwa bankomaty – jeden byl juz ograbiony, drugi znalezlismy po krotkim spacerze wzdluz rzeki Sedone, laczacej sie z Mekongiem niedaleko stad. W drodze powrotnej zwrocilismy uwage na glosna impreze odbywajaca sie w jednej z restauracji, bylo jeszcze jasno, mimo to towarzystwo juz porzadnie rozpedzone. Nasze ciekawskie spojrzenia zostaly zauwazone i zostalismy doslownie wciagnieci do srodka i rozsadzeni wokol stolu. Glosna muzyka nie pozwalala na jakakolwiek komunikacje, ale bylem prawie pewien, ze i tak bysmy swoich slow nie zrozumieli. Postawiono przed nami szklanice, nalano czerwonego Jasia, podsunieto pod nos talerz z czyms, zgadywalem, ze to ryz z kurczakiem, ale pewnosci miec nie moglem. Jednego trzeba wypic, aby odgonic zle duchy, taki regulamin. Kilkanascie lat temu jeszcze nie bylo taryf ulgowych, czekalaby nas cala kolejka kolejek i z kazdej trzeba by cos upic. Zeby bylo trudniej, szczegolnie dla abstynentow, na jeden stol nierzadko dwie lub trzy szklanice, wiec nie ma mowy o saczeniu ich zawartosci, wychyla sie ja duszkiem i podaje sie szklo dalej. Jak to sie mowi, no to siup, zeby nam mordy szuwarami nie zarosly. Na szczescie wygladalo na to, ze tutaj niedoboru szklanek nie ma.

Chinski Nowy Rok - wersja Lao

Po pewnym czasie, za pomoca pojedynczych slow jak „no” i „husband” oraz zarliwej gestykulacji udalo sie nam rozgryzc, ze meska czesc biesiady goraco zachwala nam siedzace przy stole panny, ktore smialy sie do rozpuku z naszych glupich min, ale ochoczo pozowaly do zdjec z mlodymi fa rang. Dowiedzielismy sie, ze cale to swietowanie jest na okazje obecnosci jednego z gosci, Chinczyka, ktory najwyrazniej jest mezem jednej z Laotanek. Siedzial w rogu sali, z powazna mina i telefonem nieodklejajacym sie od ucha. Nie chcielismy naduzywac goscinnosci, wiec po niedlugim czasie zaczelismy sie wycofywac, dziekujac za goscine i zegnajac sie na niedzwiedzia z mocno noworocznymi Laotanczykami.

Sangha College

Tego samego dnia odwiedzilismy jeszcze Wat Luang, swiatynie polaczona z wyzsza uczelnia, dokladna nazwa to Sangha College of Champassak Wat Laung. W niej wyzsza edukacje zdobywaja odziani w pomaranczowe szaty mnisi. Udalo mi sie rzucic okiem na jedna z klas, drugiego roku nauk biologicznych. Nasze cienie robily sie juz coraz dluzsze, odstawilem Bena na autobus, a raczej na sang-thaew, czyli rodzaj tuk-tuka, czasem zadaszonego pickupa z dwoma lawkami z tylu, ktory mial dopiero zabrac go na dworzec autobusowy.

*

Nastepnego dnia za budzik posluzyl mi dzwiek tluczonego szkla i gietej blachy. Wyszedlem na balkon, zeby zobaczyc lezacy pod przednim zderzakiem samochodu skuter. Meh, po pierwszych tygodniach w Wietnamie, gdy dziwilem sie malej ilosci wypadkow, teraz bylem juz do nich przyzwyczajony. Lokalna ludnosc jednak nigdy nie ma ich dosc i szybko tworzy kola dyskusyjne wokol miejsca wypadku. Przed poludniem wymeldowalem sie z hotelu, zostawilem plecak na przechowanie w biurze podrozy i przez reszte dnia lazilem bez celu po miescie, uciekajac raz na jakis czas przed upalem do otwartych kafejek internetowych poza centrum Pakse. Wieczorem tego dnia lezalem juz na jednym z pieciu lozek, dzielonych przez tylko trzy osoby na tyle nocnego autobusu relacji Pakse-Vientiane (150000 kipow – 18 USD/54 PLN), co dawalo mi wystarczajaco duzo wygody. A nastepnego dnia, punktualnie o 6:00 rano, wysiadalem zaspany z tego pojazdu na poludniowym dworcu autobusowym stolicy Laosu.

Odcinek XVIII – Kambodza: podsumowanie

// Luty 17th, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 49
14 lutego 2010
Pakse, Laos
15° 07′ N, 105° 47′ E


Czas na krotkie podsumowanie ostatnich dwoch tygodni z kawaleczkiem. W tym czasie odwiedzilem Phnom Penh, Siem Reap i Angkor, Sihanoukville, Stung Treng i Banlung – za podliczanie kilometrow wezme sie zapewne dopiero po powrocie.

Krajobrazy: 8.5/10

Zdecydowana poprawa jesli chodzi o widoki, nie rzadzi juz tu szyld i billboard jak w sasiednim Wietnamie, z drugiej strony brakuje moze odrobine dramatycznych akcentow. Kambodza, nie liczac kilku miejsc, jest calkowicie plaska, ale jest tez o wiele bardziej dziewicza od Wietnamu. Tam wszystko co mozna bylo oblac betonem i obkleic reklamami oblane i obklejone zostalo. W Kambodzy nierzadko przez setki kilometrow ciezko jest natrafic na znak wspolczesnej cywilizacji. Puste, prawie pustynne rowniny, geste lasy, dzungla, rzeki, morze. Spedzilem w Kambodzy zbyt malo czasu, dodatkowe dwa, trzy tygodnie bylyby calkiem na miejscu, chocby aby zobaczyc Gory Kardamonowe i poplynac lodzia do Battambang.

Ludzie: 7.5/10

Roznice zauwazylem natychmiast. Nikt nie patrzy tu na mnie w dwuznaczny sposob, nie zastanawiam sie czy doswiadczam wlasnie ciekawskiego czy asekuracyjnego, wrogiego moze nawet spojrzenia. Khmerowie sie do mnie usmiechaja, sami z siebie, nie potrzeba do tego zadnej formy transakcji. Nie zaczepiaja mnie o kupno czegokolwiek, nie jestem postrzegany jako chodzacy bankomat.

Ucza sie jednak od sasiadow. W Angkorze widac juz typowo wietnamskie zachowania, „buy from me” i zawyzanie cen. A kto nie kupuje ten gapa, ten zly fa rang. Kilka razy dochodzilem do podobnego wniosku, w roznych kwestiach – Kambodza za 10 lat bedzie dzisiejszym Wietnamem, Laos dzisiejsza Kambodza, a sam Wietnam dzisiejsza Tajlandia. Wiec byc moze to juz ostatnia szansa zeby zaznac khmerskiej goscinnosci, uczynnosci i usmiechu zanim zgina gdzies pod zadza zysku i pierwszymi kopnieciami dzikiego kapitalizmu i stana sie dobrem, ktorego trzeba bedzie aktywnie szukac.

Transport: 7/10

Wiekszosc hoteli wciaz potrafi zorganizowac transport, ale nie szuka ku temu okazji, wypytujac gosci o dalsze punkty podrozy. Hotele, jak wszedzie, maja w zwyczaju naliczanie sobie pokaznej prowizji, nawet do 25%. Podrozowanie po Kambodzy jest mniej wygodne, autobusy zazwyczaj maja juz swoje lata, a przewoza zreszta nie tylko ludzi, ale i towary, nierzadko tez zwierzeta hodowlane. Zreszta czesciej niz rzadziej bedzie sie poruszac ciasnym minibusem, w ktorym miesci sie duzo wiecej osob niz sie powinno miescic. Jest to element przygody, jak pokazuje przyklad mojej drogi z Banlung do Stung Treng dodaje to nieprzywidywalnosci i dreszczyku emocji. Jestem jednak pewien, ze na dluzsza mete (dluzej niz miesiac) moze to byc dosc meczace. Fakt korzystania z tego samego srodka transportu, z ktorego korzysta miejscowa ludnosc na pewno jednak czyni podrozowanie ciekawszym. Idealnym srodkiem transportu w Kambodzy jest rower i juz teraz zastanawiam sie nad powrotem do tego kraju, z rowerem kupionym w Bangkoku, na miesiac pedalowania.

Jedzenie: 6/10

Nie moge powiedziec, ze khmerskie potrawy przypadly mi jakos specjalnie do gustu. Najmilsze wspomnienia zwiazane sa z zimnymi shake’ami owocowymi, ale na pewno warto sprobowac ryby Amok (czasami Amoc) – delikatnych kawalkow ryby podawanych z ryzem i ostrym curry doprawianym kokosem. Nie mozna spudlowac z klasycznym smazonym ryzem i kurczakiem lub lekko urozmaicona khmerska wersja, Apsara Khmer Chicken, w ktorej wiecej jest warzyw. Ceny, w zwiazku z funkcjonowaniem dolara jako drugiej, czasem pierwszej waluty, nierzadko sa w przeliczeniu wyzsze niz w Wietnamie – nie przypominam sobie jednak zebym zaplacil za obiad z napojami wiecej niz 15-16 tysiecy rielow (3,5-4 USD/10-12 PLN).

Noclegi: 6/10

Nie ma tu takiej mnogosci opcji jak w Wietnamie, ale w nawet najbardziej niedostepnych miejscach na pewno znajdzie sie miejsce, gdzie mozna sie zatrzymac i nie stracic majatku. Stosunek jakosci do ceny mocno jednak cierpi w momencie przekroczenia granicy z Wietnamem. Tutaj za ciepla wode czy klimatyzacje trzeba juz doplacic, w Wietnamie przynajmniej ciepla woda byla standardem. Nie jest zle, bez cieplej wody spokojnie mozna dac sobie rade, odpowiednio duzy wentylator tez zlagodzi upalne dni. Poza Sihanoukville ani razu nie zaplacilem za pokoj wiecej niz 6 dolarow (18 PLN).

Komfort: 6/10

Klaksony staja sie wyjatkiem, drogi sa mniej zatloczone i nie liczac miejsc jak Ratanakiri, calkiem niezlej jakosci. Autobusy jednak, szczegolnie na dlugich trasach potrafia dac w kosc, jesli ma sie mozliwosc podzielic 10-godzinna podroz na dwa etapy to proponuje to zrobic. I nie polecam podrozy minibusem dluzszych niz cztery godziny, chyba ze polpustym, ale nie oszukujmy sie, o takich pisze sie tylko w khmerskich bajkach.

Pogoda: 7/10

Upal. Upal. Upal. Ani jednego pochmurnego dnia, od 8 rano do 6 rano dnia nastepnego dusznosc i zar z nieba. Przyzwyczailem sie juz wprawdzie do tego klimatu, ale meczy on organizm mimo to. W porze suchej Kambodza moglaby znajdowac sie na kontynencie afrykanskim i nikt specjalnie by sie temu nie dziwil.

Latwosc: 6.5/10

No w koncu, jakies wyzwania. Ustalanie transportu z niemowiacym po angielsku kierowca, zamawianie na migi jedzenia ze straganu, piaszczyste niedostepne drogi calkowicie nieprzejezdne przez niespodziewane okolicznosci. Moze nie jest to pamietany przeze mnie z dziecinstwa wyscig Camel Trophy, ale bywalo podobnie.

Ocena ogólna: 7/10

Wiekszosc ludzi do Kambodzy przybywa z Tajlandii lub Laosu, wiec wielka zmiana nie jest specjalnie zauwazalna. Jednak gdy wjezdza sie do Kambodzy z Wietnamu, juz pierwsze kilka kilometrow przynosi dziwna ulge. Przyjdzie jeszcze czas, ze pokonywac sie bedzie te granice bez poczucia najmniejszej zmiany, ale do tego czasu jesli ktos ma tylko dwa tygodnie czy miesiac i zastanawia sie gdzie spedzic wiekszosc tego czasu to moja odpowiedz moze byc tylko jedna. Welcome to Cambodia – The Kingdom of Wonder. A ocene ogolna podciagam do siodemki.

Budzet: 25 USD/dzien

Teoretycznie Kambodza powinna byc tansza od Wietnamu i jesli chodzi o noclegi to faktycznie byla nie do pobicia. Ja wydalem tam chyba jednak troche wiecej niz planowalem, a duza czesc zjadl transport. W zwiazku z tym, ze mialem w Kambodzy lacznie tylko 16 dni, probowalem zapewne zobaczyc jak najwiecej, a to oznaczalo czeste przemieszczanie sie z miejsca na miejsce. No i nie nalezy zapominac, ze jednodniowy bilet na zwiedzanie Angkoru to 20 dolarow – czyli tak naprawde trzy (albo i cztery) noclegi. O ile w Wietnamie mozliwe bylo zejscie ponizej srednich 25 dolarow za dzien to w Kambodzy moze to byc wyzwaniem, ale wszystko zalezy od planu, liczby miejsc i nastawienia. Jesli ktos lubi mieszkac w jednym pokoju z kilkoma osobami to w Kambodzy wiele w ten sposob nie zaoszczedzi, ale z drugiej strony ziarnko do ziarnka…

Odcinek XVII

// Luty 16th, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 47
12 lutego 2010
Muang Khong, Laos
14 07′ N, 105 51′ E


Indochiny to dosc rozlegla kraina, a jednak wpada sie co jakis czas na ludzi poznanych gdzies w trasie w innym kraju. Oczywiscie prawdopodobienstwo takich spotkan rosnie, w koncu wszyscy przeciskamy sie przez te same gardla komunikacyjne, do wiekszosci miejsc po prostu prowadzi nierzadko jedna droga. Tak w Sihanoukville wpadlem na 59-letniego Francuza, poznanego w autobusie do Siem Reap. A w Stung Treng, w minibusie do Laosu spotkalem Bena z Wielkiej Brytanii, na ktorego wpadlem miesiac wczesniej w Nha Trang w Wietnamie. Wtedy poznalismy tez innego wyspiarza, jego pozniej spotkalem w Sajgonie. Ben zaczal podroz w Japonii i krok po kroku zbliza sie do docelowej Nowej Zelandii, skad po roku planuje ruszyc do Ameryki Poludniowej. Jak sie okazuje w niedalekiej przyszlosci bedziemy w Singapurze mniej wiecej w tym samym czasie.

Laos - Cambodia border

Na tym etapie okazalo sie, ze jedziemy w to samo miejsce, na wyspe Don Khong na Mekongu, jedna z tworzacych Kraine 4000 Wysp czyli Si Phan Don w Laosie. Granica z Laosem to niecala godzina drogi (minibusem – 15 USD do Don Khong) od Stung Treng, sklada sie z jednego wiekszego domku po stronie laotanskiej i dwoch malych chatek ze szlabanem, po kazdej ze stron granicy. Mozna juz na niej uzyskac wize laotanska (a nie mozna bylo tego zrobic jeszcze niedawno), choc ja moja juz od listopada nosilem w paszporcie. Po kazdej ze stron nalezy sie spodziewac, ze mundurowi zazadaja „stamp fee” czyli nieoficjalnej oplaty za wbicie pieczatki w paszport, zwykle wynoszacej okolo jednego dolara. Nasza ekipa przekraczajaca granice skladala sie z pary emerytowanych Kanadyjczykow, Brytyjki i Australijczyka z Londynu, samotnie podrozujacego wiekowego Chinczyka oraz ze mnie i Bena. Twardo oprotestowalismy pobieranie dodatkowych oplat, Khmerowie machneli na nas tylko reka i wyslali nas do posterunku laotanskiego. Tutaj twardy opor nie przyniosl juz rezultatow, po okolo kwadransie zlamala sie pierwsza osoba i wszyscy po niej zaplacili laotanskim oficerom za fatyge. Akurat mialem 5000 rielow (czyli odrobine ponad dolara) niespodziewanej reszty z hotelu, wiec nie musialem oddawac cennych banknotow jednodolarowych. Po drugiej stronie granicy czekal juz na nas bus na laotanskich numerach, ktory zawiozl nas do przeprawy przez Mekong. Zwykle w tym celu uzywa sie promu, ktory zabiera kilka samochodow, ale nas zostala tylko czworka, wiec na wyspe dostalismy sie za pomoca dlugiej waskiej lodzi.

Mekong

Don Khong to najwieksza z 4000 wysp (choc trzeba przyznac, ze wiekszosc z 4000 wysp to takie wieksze krzaki, dwa na dwa metry) i od dziesieciu lat jest na niej elektrycznosc. Tego samego nie mozna powiedziec o Don Det i Don Khon, ale to tam pedza tlumy backpackersow, wabione niskimi cenami i bardziej zywiolowym (czyt. zabawowym) zyciem codziennym. Don Khong jest byc moze dzieki temu bardzo spokojnym miejscem. Razem z Benem zatrzymalismy sie w Souk Sabay Guesthouse, w najwiekszej miejscowosci na wyspie, Muang Khong. Znajduje sie on kilka metrow od miejsca, w ktorym wysiedlismy z lodzi. Dzielac jeden pokoj z wiatrakiem i ciepla woda, placilismy jedynie 25000 kipow za noc na osobe (3 USD/9 PLN). Nasza gospodyni – „Au’lun” (fonetycznie oczywiscie) – potrafila porozumiec sie po angielsku i byla niesamowicie przyjacielska, az chcialem strzelic Benowi z lokcia w bok za to jego uporczywe targowanie sie o wszystko, zrozumiale w Wietnamie czy Kambodzy, prawie zbedne jednak w Laosie. Tu nikt nikogo nie chce naciagnac, podawane kwoty sa raczej na pewno calkiem rozsadne. A szesc dolarow za pokoj dla dwoch osob to calkiem niewygorowana cena.

Coke Light

Muang Khong to tak naprawde kilka pustawych ulic, wsrod ktorych jedna z najwiekszych konstrukcji stanowi Wat Phuang Kaew. Na wyspie nie ma bankomatu, jest za to klimatyzowany oddzial banku, Western Union i kantor w jednym – czesto trafiaja sie tu turysci nawet bez odrobiny gotowki. Tu w koncu oddalem swoje ciuchy do prania i rozwazalem wypozyczenie roweru. Tutaj nie ma juz naganiaczy, nawet kelnerzy nie wciskaja menu w pospiechu. Laos znany tez jako Lao PDR to miejsce gdzie od zysku wazniejszy jest relaks. PDR czesto rozwijane jest jako Please Don’t Rush (bez pospiechu, prosze). Moze nie jest to az tak dramatyczna zmiana jak rysuja ja w przewodnikach i internecie, ale faktycznie daje sie zauwazyc odmiennosc klimatu.

Ben, jak na kogos kto ponoc nie sprawdzal stanu swojego konta od wyjazdu z Londynu, targowal sie o wszystko, nawet o wage swojego prania. Dzieki temu skapstwu wynajelismy skuter na pol dnia za 40000 kipow czyli okolo piec dolarow. Planowalem zostac na wyspie kilka dni i zjechac ja cala rowerem, ale rzadko kiedy trafia sie taka okazja na wygodny i szybki transport, wiec wyprowadzilismy skuter na droge i ruszylismy w objazd wyspy. Najpierw trzeba bylo jednak zatankowac – paliwo na wyspie jest dosc drogie, za litr zaplacilismy 10000 kipow, w Vientiane litr to okolo 8000 kipow, mniej wiecej jeden dolar. Stacja benzynowa to drewniana chatka wygladajaca jak kasa biletowa w wesolym miasteczku. W srodku znajduje sie dystrybutor czyli okolo pieciolitrowy zbiornik umieszczony na beczce z paliwem, do ktorego pompuje sie je za pomoca korbki. Nastepnie spuszcza sie z niego paliwo przez gumowa rurke wprost do baku. Zmienialismy sie co jakis czas za kierownica, bo trzeba przyznac, ze przy glebokich dziurach wyskakujacych na srodek drogi bez ostrzezenia, kierowca nie ma raczej wielu okazji do podziwiania krajobrazow. Don Khong to kilka wiosek rozrzuconych po wybrzezu wyspy i droga obiegajaca ja cala wokol i kilka ja przecinajacych. Mysle, ze calosc na skuterze mozna objechac w moze dwie godziny.

Mekong

Ruszylismy na poludnie, droga dzielaca zielone pola i male zagajniki, na drodze poza nami i pieszymi nie bylo nikogo. Nie ma tu konkretnych punktow, ktore mozna umiescic w przewodniku, siada sie tutaj raczej pod palma i patrzy na rzeke. Lub zatrzymuje sie w srodku malego stepu i podziwia wzgorza. Przyjmuje sie tu postawe wodnych bawolow, zanurzonych po szyje i chlodzacych sie w malych rozlewiskach. Miejscowe dzieci uznaja ganianie po rozleglym polu za wielkimi czerwonymi wazkami za wysmienita zabawe. Bo czego trzeba wiecej tak naprawde?

Ben nazwal te wyspe Mini-Laosem, troche na wyrost i zgadujac, bo tak jak dla mnie bylo to dla niego pierwsze spotkanie z tym krajem. Ale cos w tym jest, wyspa znajduje sie na Mekongu, rzece niesamowicie waznej, nie tylko w samym Laosie, ale w sporej czesci tego kontynentu. Znajdziemy na niej rozlegle rowniny, prawie stepy, wzgorza, palmy, lasy i spokoj. Tutaj nie ma korkow, wiekszosc okien nie jest zaslonieta reklamami, nikt nigdzie sie nie spieszy. Nie wszystkim to zapewne odpowiada, ludzie z Zachodu wychowani sa w kulturze ciaglego zapelniania czasu, zadna sekunda nie moze sie zmarnowac, nawet stojac w kolejce do kasy przegladaja czasopisma czy bawia sie swoim telefonem. Znudzenie to oznaka marnotrawstwa, jakis przymiot gorszego zycia. A tutaj to blogoslawienstwo, choc przyznaje, nie zaszkodzi miec ze soba kilku ksiazek, szczegolnie jesli nie lubi sie spac zbyt dlugo.

Przypomnialo mi sie miejscowe powiedzenie: Wietnamczycy sadza ryz, Khmerowie patrza jak rosnie. A Laotanczycy tego jak rosnie sluchaja.

Don Khong

Kontynuujac nasza podroz wzdluz wybrzeza czesto wjezdzalismy do malych wiosek, gdzie miejscowi witali sie z nami wylewnie. Sabaidee… Hello… Dzieci zbiegaly sie z okolicznych chatek aby przyjrzec sie nam z bliska, smialy sie razem ze mna, gdy Ben z wypietym tylkiem probowal uchwycic obiektywem jedna z czerwonych wazek, a ja markowalem kopniaka w latwy cel (w Laosie dotykanie kogos stopa uznawane jest za powazne faux pas). Ani razu w Laosie nie spotkalem sie z chociaz odrobine nawet sceptycznym, niechetnym czy ostroznym spojrzeniem ze strony miejscowej ludnosci. Ani jednego razu. Czulem sie tu milej widziany niz we wlasnym kraju.

Don Khong

Ben zdolal jeszcze oparzyc sobie noge o rure wydechowa naszego skutera i niedlugo pozniej, gdy zaczynalo juz zmierzchac, wrocilismy do Muang Khong. Kolejny wieczor spedzony na rozmowach o dziesiatkach miejsc, w ktorych sie bylo i tych, w ktorych sie dopiero bedzie – wymiana informacji na temat podrozowania pociagiem w Wietnamie na cenne wskazowki dotyczace trekkingu w Nepalu. A wszystko to na patio nad samym brzegiem Mekongu, gdzie miliardy skrzydlatych stworzen odprawialy swoje tance.

Village

Nastepnego dnia, po kilku godzinach slodkiego leniuchowania z ksiazka, niedlugo przed poludniem, przekroczylismy ponownie Mekong, tym razem promem i udalismy sie w dalsza droge, do Pakse w prowincji Champasak. Troche ponad dwie godziny pozniej bylismy na miejscu. W nastepnym odcinku podsumowanie etapu kambodzanskiego.