Odcinek XIX
28 lutego 2010 // Azja 2009/2010
Tagi: azja / champasak / laos / nowy rok / pakse
Dzień 49
14 lutego 2010
Pakse, Laos
15° 07′ N, 105° 47′ E
Pakse znajduje sie w dosc kluczowym miejscu na mapie Laosu, stad blisko jest do granicy z Tajlandia, nie tak daleko do granicy z Kambodza i calkiem blisko do granicy z Wietnamem. Dodatkowo jest stolica prowincji Champasak i najwiekszym miastem w regionie. Wraz z Benem dotarlismy tam krotko po czternastej i po wyladowaniu bagazy usiedlismy na krawezniku niedaleko skrzyzowania i w obliczu braku jakichkolwiek znakow i tablic okreslajacych nasza pozycje probowalismy rozgryzc w ktorej czesci Pakse sie znajdujemy. Jak sie okazalo skrzyzowanie, kilka metrow od nas, to najruchliwszy punkt miasta, co w Laosie, w tym przypadku przynajmniej, oznacza, ze mozna spokojnie polozyc sie na jego srodku i zdrzemnac sie. I punkt ten znajduje sie dokladnie w samym srodku centrum Pakse. Czas rozejrzec sie za noclegiem, ruszylismy wiec glowna ulica i trafilismy na Lankham Hotel, wspominany w przewodniku Lonely Planet jako miejsce warte swojej ceny. W zwiazku z tym, ze miejsce znajduje sie na krotkiej liscie polecanych miejsc w przewodniku spodziewalem sie nie tyle wysokich cen co zwyczajnie kiepskiej jakosci. I jak sie okazalo nie pomylilem sie, pokoje brudne, zakurzone, a w recepcji wolaja 90000 kipow (11 USD/33 PLN), calkiem sporo. Ben stwierdzil, ze nie zostaje na noc w Pakse i lapie nocny autobus do Vientiane, udal sie wiec do biura podrozy organizowac dla siebie transport, kiedy ja wlasnie wdrapywalem sie na trzecie pietro Royal Pakse Hotel aby ocenic tamtejsze warunki. Zdecydowalem sie wziac pokoj, ktory kosztowal takze 90000 kipow, ale dodatkowo wyposazony byl w klimatyzacje i telewizor. To pierwsze przynosi szczegolna ulge.
Sam nie bylem pewien jak dlugo zostane w Pakse, rozwazalem jednodniowy wypad do Champasak w celu zobaczenia Wat Phu Champasak, swiatyni zbudowanej na szczycie wzgorza gorujacego nad oddalonym o godzine od Pakse miasteczkiem. Oczywiscie biura podrozy oferuja bilety na minibus do Champasak za 55000 kipow gdy wystarczy wybrac sie na dworzec autobusowy i lokalnym autobusem dotrzec mozna tam za jedyne 15000. Opcje wycieczkowe sa juz kompletnym zdzierstwem, za jednodniowy wypad licza sobie od 28 do 45 dolarow od jednej osoby. Rozwazalem takze dluzszy wypad do Tat Lo, 90 kilometrow na wschod od Pakse, na plaskowyzu Bolaven. Koniec koncow odrzucilem wszystkie te opcje i postanowilem zostac w Pakse jeden dzien, a potem udac sie dalej na polnoc, do stolicy.
W Pakse znajduje sie kilka kafejek internetowych, Ben biegal jednak w kolko sepiac o darmowe wi-fi, dzieki ktoremu moglby korzystac ze skype’a za pomoca swojego jaTelefonu. Ja skorzystalem z okazji i zaczalem zrzucac zdjecia z kart, upewniwszy sie najpierw do ktorej czynna jest kafejka. Mimo uzyskania przeze mnie satysfakcjonujacej odpowiedzi na te kwestie kilkanascie minut pozniej oznajmiono, ze kafejka jest wlasnie zamykana. Dzis Sylwester Chinskiego Nowego Roku. A Chinski Nowy Rok to w wiekszosci Indochin wciaz dosc powazna uroczystosc. I rozciagla… W niektorych miejscach swietuje sie Nowy Rok przez ponad dwa tygodnie, tutaj jednak „tylko” przez cztery dni. Oczywiscie Lao Lao leje sie strumieniami, palce kleja sie od ryzu, a ulice patrolowane sa przez oddzialy ubranych na czerwono i zolto tancerzy i spiewakow. Bije sie w pokazne bebny, glowa papierowego lwa tanczy w gore i w dol, a grupa przemieszcza sie tak od lokalu do lokalu, otrzymujac datki, ale najczesciej paliwo – czyli lao lao.
W okolicy centrum Pakse znajduja sie tylko dwa bankomaty – jeden byl juz ograbiony, drugi znalezlismy po krotkim spacerze wzdluz rzeki Sedone, laczacej sie z Mekongiem niedaleko stad. W drodze powrotnej zwrocilismy uwage na glosna impreze odbywajaca sie w jednej z restauracji, bylo jeszcze jasno, mimo to towarzystwo juz porzadnie rozpedzone. Nasze ciekawskie spojrzenia zostaly zauwazone i zostalismy doslownie wciagnieci do srodka i rozsadzeni wokol stolu. Glosna muzyka nie pozwalala na jakakolwiek komunikacje, ale bylem prawie pewien, ze i tak bysmy swoich slow nie zrozumieli. Postawiono przed nami szklanice, nalano czerwonego Jasia, podsunieto pod nos talerz z czyms, zgadywalem, ze to ryz z kurczakiem, ale pewnosci miec nie moglem. Jednego trzeba wypic, aby odgonic zle duchy, taki regulamin. Kilkanascie lat temu jeszcze nie bylo taryf ulgowych, czekalaby nas cala kolejka kolejek i z kazdej trzeba by cos upic. Zeby bylo trudniej, szczegolnie dla abstynentow, na jeden stol nierzadko dwie lub trzy szklanice, wiec nie ma mowy o saczeniu ich zawartosci, wychyla sie ja duszkiem i podaje sie szklo dalej. Jak to sie mowi, no to siup, zeby nam mordy szuwarami nie zarosly. Na szczescie wygladalo na to, ze tutaj niedoboru szklanek nie ma.
Po pewnym czasie, za pomoca pojedynczych slow jak „no” i „husband” oraz zarliwej gestykulacji udalo sie nam rozgryzc, ze meska czesc biesiady goraco zachwala nam siedzace przy stole panny, ktore smialy sie do rozpuku z naszych glupich min, ale ochoczo pozowaly do zdjec z mlodymi fa rang. Dowiedzielismy sie, ze cale to swietowanie jest na okazje obecnosci jednego z gosci, Chinczyka, ktory najwyrazniej jest mezem jednej z Laotanek. Siedzial w rogu sali, z powazna mina i telefonem nieodklejajacym sie od ucha. Nie chcielismy naduzywac goscinnosci, wiec po niedlugim czasie zaczelismy sie wycofywac, dziekujac za goscine i zegnajac sie na niedzwiedzia z mocno noworocznymi Laotanczykami.
Tego samego dnia odwiedzilismy jeszcze Wat Luang, swiatynie polaczona z wyzsza uczelnia, dokladna nazwa to Sangha College of Champassak Wat Laung. W niej wyzsza edukacje zdobywaja odziani w pomaranczowe szaty mnisi. Udalo mi sie rzucic okiem na jedna z klas, drugiego roku nauk biologicznych. Nasze cienie robily sie juz coraz dluzsze, odstawilem Bena na autobus, a raczej na sang-thaew, czyli rodzaj tuk-tuka, czasem zadaszonego pickupa z dwoma lawkami z tylu, ktory mial dopiero zabrac go na dworzec autobusowy.
Nastepnego dnia za budzik posluzyl mi dzwiek tluczonego szkla i gietej blachy. Wyszedlem na balkon, zeby zobaczyc lezacy pod przednim zderzakiem samochodu skuter. Meh, po pierwszych tygodniach w Wietnamie, gdy dziwilem sie malej ilosci wypadkow, teraz bylem juz do nich przyzwyczajony. Lokalna ludnosc jednak nigdy nie ma ich dosc i szybko tworzy kola dyskusyjne wokol miejsca wypadku. Przed poludniem wymeldowalem sie z hotelu, zostawilem plecak na przechowanie w biurze podrozy i przez reszte dnia lazilem bez celu po miescie, uciekajac raz na jakis czas przed upalem do otwartych kafejek internetowych poza centrum Pakse. Wieczorem tego dnia lezalem juz na jednym z pieciu lozek, dzielonych przez tylko trzy osoby na tyle nocnego autobusu relacji Pakse-Vientiane (150000 kipow – 18 USD/54 PLN), co dawalo mi wystarczajaco duzo wygody. A nastepnego dnia, punktualnie o 6:00 rano, wysiadalem zaspany z tego pojazdu na poludniowym dworcu autobusowym stolicy Laosu.
















