Odcinek XX

2 marca 2010 // Azja 2009/2010

Tagi: / / / /


Dzień 51
16 lutego 2010
Vientiane, Laos
17° 58′ N, 102° 36′ E


Dzien przed przybyciem do Vientiane dostalem niezbyt pocieszajacego maila od Bena. Najwyrazniej po przybyciu do stolicy Laosu trzy godziny szukal hotelu i gdy w koncu znalazl pokoj to musial wysuplac nan 150000 kipow (54 PLN). Okolice Chinskiego Nowego Roku to okres kiedy wiele osob ma wolne, a co za tym idzie liczba turystow na tym kontynencie znaczaco wzrasta i faktycznie niedlugo po tym jak wysiadlem z tuk-tuka na dworcu autobusowym Talat Sao mijalem hotele z przyklejonymi do drzwi slowami „full”. Znalezienie noclegu nie zajelo jednak az trzech godzin, moze po pol godzinie wszedlem do jednego z hoteli w centrum turystycznej czesci miasta i z ulga zaakceptowalem kwote 85000 (30 PLN) kipow za noc, spodziewajac sie wczesniej duzo wiekszego wydatku. Wdrapalem sie na ostatnie, piate pietro, uslyszalem, ze mam je cale dla siebie i zadowolony z sytuacji rzucilem plecak na podloge i ruszylem w miasto w poszukiwaniu sniadania.

Sang-thaew, Vientiane, Laos

Juz z lawki na tyle tuk-tuka, ktory zabral mnie rano z poludniowego dworca autobusowego do Talat Sao za 15000 kipow, Vientiane sprawialo wrazenie calkiem sporego miasta. Najwieksze miasto w Laosie liczy sobie 300 tysiecy mieszkancow i spodziewalem sie malo relaksujacego pobytu w otoczeniu setek motorowerow, arii klaksonow i tlumow turystow. Jak sie jednak szybko okazalo stolica Laosu to bardzo senne miejsce, niektore ulice, nawet te pelne sklepikow i restauracji wydawaly sie byc pograzone w glebokim letargu, o kazdej porze dnia. Ruch uliczny skladal sie glownie z terenowych pickupow, motorowery i skutery, tak liczne i halasliwe w innych miastach Indochin tutaj zdawaly sie byc w defensywie. Tym samym przekraczanie nawet najszerszych arterii Vientiane okazalo sie byc wrecz wygodne.

Laos nie jest juz tak tanim miejscem jak piec lat wczesniej, nierzadko slyszalem historie o tym jak za kilka dolarow mozna przezyc dzien tutaj, o pelnym zoladku, ze znosnym noclegiem i nawet wynajetym rowerem. Pewnie wciaz mozliwe jest zjedzenie obiadu za dolara, trzeba jednak dlugo szukac okazji ku temu. Od pierwszego dnia zaczalem przyzwyczajac sie do wydatkow rzedu 30000 kipow za porzadny posilek co przeklada sie na prawie cztery dolary. Ogromny talerz jedzenia w Phnom Penh rzadko kosztowal mnie wiecej niz dwa i pol dolara, podobnie jak w Hanoi czy Nha Trang. To dziwne jak patrzy sie na pieniadze tutaj, w Polsce obiad za 12 zlotych to calkiem niezla okazja, tutaj wydaje sie to byc lekka ekstrawagancja. Calkiem inaczej wyglada dlugoterminowe kosztorysowanie i wprawdzie moglem pozwolic sobie na sprawdzenie stanu konta dopiero po powrocie do kraju to jednak narzucilem sobie ustalony budzet na te cztery miesiace w Azji, zreszta po czesci ze wzgledu na nastepne wojaze, prawdopodobnie niedlugo po Azji. Przypominam sobie jak jeszcze niedawno planowalem budzet w wysokosci 20 dolarow na jeden dzien laotanskiej egzystencji, kwote, ktora ciezko teraz uznac za wystarczajaca. Sam nocleg w Vientiane pozera polowe tej sumy, z trzema porzadnymi posilkami juz przekraczam wczesniej ustanowiony prog wydatkow, nie mowiac o wodzie, ktorej litry pozera w ponad 30 stopniach spragniony organizm, kafejkach internetowych, wynajmie roweru czy motoroweru, innym transporcie. W tym jednym sensie, kosztowym, Laos byl jak dotad lekko rozczarowujacy.

Vientiane lezy nad Mekongiem, do ktorego mialem moze piec minut drogi od hotelu. Po drugiej stronie rzeki widac budynki sasiedniej Tajlandii, sama rzeka nie prezentuje sie tu najatrakcyjniej, przypomina troche Wisle w Warszawie, ot, plynaca woda, a jej okolice niespecjalnie zachecajace do ochow i achow. Stolica ma niska zabudowe, przewazaja dwu-, trzy-pietrowe budynki, zazwyczaj jasnych kolorow, nierzadko poplamione latami zaniedban. Monotonie przerywaja jedynie wyzsze hotele i ogrodzone rezydencje na wiekszych niz maly parking dzialkach. Nie ma w architekturze Vientiane niczego szczegolnego, widac moze odrobine francuskie wplywy i gdyby zalac ulice tlumami turystow mozna by pokusic sie o pomylenie tego miejsca z prowincjonalna Francja. Nie ma tu klimatu Starego Miasta Hanoi, budynki nie sa tez na tyle wiekowe by przywodzic na mysl starowke Hoi An – miasto wyglada dosc nowoczesnie, innymi slowy nieciekawie, z wyjatkiem oczywiscie swiatyn i klasycznych, azjatyckich budowli, schowanych jednak w morzu dobrze znanego mieszczuchom betonu.

Vientiane, Laos

Jednym z ogniskowych punktow miasta jest Patu Xay, budowla na ksztalt Luku Triumfalnego, zajmujaca spora wyspe na srodku jednej z glownych ulic, kilka kilometrow od rzeki. Nie spotkalem sie z takim opisem nigdzie indziej, ale wydawala sie ona naznaczona arabskimi akcentami, w jakis sposob odstawala od reszty miasta – moze to tylko objawy nadmiaru slonca. Patu Xay zbudowane zostalo w latach 60-tych, jako pomnik ofiar walki o niepodleglosc czyli wyzwolenie spod francuskiej kolonizacji. Co ciekawe budowla ta, zartobliwie i z przekasem nazywana jest pionowym pasem startowym – srodki wykorzystane do jej budowy zostaly przekazane Laosowi przez Amerykanow na budowe nowego pasa startowego w miescie, ale ktos wysoko postawiony w laotanskiej hierarchii mial inne ambicje. Mimo, ze Patu Xay sprawia wrazenie monumentu kompletnego, tak naprawde nigdy nie zostal ukonczony. Jedna z funkcji jaka pelni obecnie to ta tarasu widokowego, o ile pamietam, za 2000 kipow mozna wdrapac sie na sama gore i podziwiac niska zabudowe Vientiane otoczona koronami palm. Na kazdym pietrze po drodze na dach tej budowli mozna zaopatrzyc sie w jedna z tysiecy pamiatek, od koszulek z logo Beerlao lub flaga Laosu, przez torby z laotanskimi hieroglifami do drewnianych miniatur Patu Xay.

Patu Xay, Vientiane, Laos

Najciekawsze miejsca sa w wiekszosci w zasiegu dluzszego spaceru, trzeba przygotowac sie jednak na czeste postoje na schlodzenie i dowodnienie organizmu, od prawie dwoch miesiecy funkcjonuje w temperaturze ponad 30 stopni i cos co fachowo nazywa sie chronicznym zmeczeniem tropikalnym daje sie we znaki kazdego dnia od pierwszych sekund po przebudzeniu. No ale i tak wole ten klimat od polskiej zimy czy dowolnej irlandzkiej pory roku (brzmi to mylnie jakby bylo ich wiecej niz jedna).

Pha That Luang, Vientiane, Laos

Miejscem, ktore odwiedzaja chyba wszyscy przyjezdni w Vientiane jest Pha That Luang, wielka, prawie 50-metrowa, zlota stupa. Robi imponujace wrazenie, tym bardziej, ze brama wejsciowa znajduje sie na skraju wielkiego, pustego placu, gdzie kompletnie nic sie nie dzieje, czasem tylko przejedzie pojedynczy skuter. – innymi slowy przekracza sie granice miedzy ogromem pustki i ogromem detali. Sama stupa nie zrobila na mnie pewnie az takiego wrazenia jak na pierwszym lepszym turyscie, bo trzeba przyznac, ze fotogeniczna z niej budowla. Bardziej zainteresowaly mnie liczne swiatynie otaczajace ja z wielu stron. Tutaj widac jak na dloni, jak mowil ktos kiedys w telewizorze, maja rozmach skurwysyny. Moze jest to fraza niespecjalnie pasujaca do buddyjskiego zen, pokory i skromnosci milujacych pokoj Laotanczykow, jak mowi usenetowy akronim MSPANC – moglem sie powstrzymac, ale nie chcialem. Sasiadujace z Pha That Luang swiatynie sa niesamowicie piekne, wiele z nich nie nalezy do najstarszych, niektore postacie zbyt bardzo przypominaja bohaterow Simpsonow, ale i tak uznalem je za o wiele ciekawsze budowle niz szeroko reklamowany Pha That Luang.

Pha That Luang

Malunki na scianach jednej ze swiatyn byly jak zywcem wyjete ze wspolczesnych komiksow, nowoczesna kreska nie gryzla sie jednak ze statusem tego miejsca, a nawet dodawala klimatu, laczac wielowiekowe tradycje z epoka pikseli, co w jakis sposob bylo pocieszajace – buddyzm zawsze mial u mnie taryfe ulgowa, choc im dluzej z nim obcuje w Azji tym bardziej przypomina inne religijne paskudztwa.

Niedaleko Pha That Luang znajduje sie ciekawy budynek Zgromadzenia Narodowego, ktory wygladal na calkowicie opuszczony, choc spiacy w budce straznik zdawal sie przeczyc tej teorii. Widzialem rozne budynki rzadowe w roznych krajach, ten w Vientiane wskoczyl wlasnie na pierwsze miejsce w moim nieoficjalnym rankingu.

National Assembly, Vientiane, Laos

Jeszcze tylko Noy’s Fruit Heaven, mrozona kawa, proby uczenia Noya pewnej sztuczki z gumka do wlosow, gadka szmatka ze spotkanymi Japonczykami (bardzo zaskoczonymi moja znajomoscia geografii ich kraju) i krotki spacer z powrotem do hotelu. W hotelu juz na wejsciu zostalem poinformowany, ze na stacji AXN bedzie emitowany film pod tytulem „Missing in Action” z Chuckiem Norrisem w roli glownej i moge go obejrzec na wielkim telewizorze ustawionym w holu na moim pietrze. Wprawdzie podekscytowane spojrzenie recepcjonisty bylo nawet dosc zarazliwe to bylem jednak juz zbyt zmeczony na sledzenie losow Chucka po jego powrocie do Sajgonu, a tyle mniej wiecej dowiedzialem sie o tresci filmu z rozmowy w recepcji. Pozostalo tylko ustawic wentylator na military power i zasnac.

Dodaj komentarz