Odcinek XX

2 marca 2010 // Brak komentarzy » // Azja 2009/2010

Tagi: / / / /


Dzień 51
16 lutego 2010
Vientiane, Laos
17° 58′ N, 102° 36′ E


Dzien przed przybyciem do Vientiane dostalem niezbyt pocieszajacego maila od Bena. Najwyrazniej po przybyciu do stolicy Laosu trzy godziny szukal hotelu i gdy w koncu znalazl pokoj to musial wysuplac nan 150000 kipow (54 PLN). Okolice Chinskiego Nowego Roku to okres kiedy wiele osob ma wolne, a co za tym idzie liczba turystow na tym kontynencie znaczaco wzrasta i faktycznie niedlugo po tym jak wysiadlem z tuk-tuka na dworcu autobusowym Talat Sao mijalem hotele z przyklejonymi do drzwi slowami „full”. Znalezienie noclegu nie zajelo jednak az trzech godzin, moze po pol godzinie wszedlem do jednego z hoteli w centrum turystycznej czesci miasta i z ulga zaakceptowalem kwote 85000 (30 PLN) kipow za noc, spodziewajac sie wczesniej duzo wiekszego wydatku. Wdrapalem sie na ostatnie, piate pietro, uslyszalem, ze mam je cale dla siebie i zadowolony z sytuacji rzucilem plecak na podloge i ruszylem w miasto w poszukiwaniu sniadania.

Sang-thaew, Vientiane, Laos

Juz z lawki na tyle tuk-tuka, ktory zabral mnie rano z poludniowego dworca autobusowego do Talat Sao za 15000 kipow, Vientiane sprawialo wrazenie calkiem sporego miasta. Najwieksze miasto w Laosie liczy sobie 300 tysiecy mieszkancow i spodziewalem sie malo relaksujacego pobytu w otoczeniu setek motorowerow, arii klaksonow i tlumow turystow. Jak sie jednak szybko okazalo stolica Laosu to bardzo senne miejsce, niektore ulice, nawet te pelne sklepikow i restauracji wydawaly sie byc pograzone w glebokim letargu, o kazdej porze dnia. Ruch uliczny skladal sie glownie z terenowych pickupow, motorowery i skutery, tak liczne i halasliwe w innych miastach Indochin tutaj zdawaly sie byc w defensywie. Tym samym przekraczanie nawet najszerszych arterii Vientiane okazalo sie byc wrecz wygodne.

Laos nie jest juz tak tanim miejscem jak piec lat wczesniej, nierzadko slyszalem historie o tym jak za kilka dolarow mozna przezyc dzien tutaj, o pelnym zoladku, ze znosnym noclegiem i nawet wynajetym rowerem. Pewnie wciaz mozliwe jest zjedzenie obiadu za dolara, trzeba jednak dlugo szukac okazji ku temu. Od pierwszego dnia zaczalem przyzwyczajac sie do wydatkow rzedu 30000 kipow za porzadny posilek co przeklada sie na prawie cztery dolary. Ogromny talerz jedzenia w Phnom Penh rzadko kosztowal mnie wiecej niz dwa i pol dolara, podobnie jak w Hanoi czy Nha Trang. To dziwne jak patrzy sie na pieniadze tutaj, w Polsce obiad za 12 zlotych to calkiem niezla okazja, tutaj wydaje sie to byc lekka ekstrawagancja. Calkiem inaczej wyglada dlugoterminowe kosztorysowanie i wprawdzie moglem pozwolic sobie na sprawdzenie stanu konta dopiero po powrocie do kraju to jednak narzucilem sobie ustalony budzet na te cztery miesiace w Azji, zreszta po czesci ze wzgledu na nastepne wojaze, prawdopodobnie niedlugo po Azji. Przypominam sobie jak jeszcze niedawno planowalem budzet w wysokosci 20 dolarow na jeden dzien laotanskiej egzystencji, kwote, ktora ciezko teraz uznac za wystarczajaca. Sam nocleg w Vientiane pozera polowe tej sumy, z trzema porzadnymi posilkami juz przekraczam wczesniej ustanowiony prog wydatkow, nie mowiac o wodzie, ktorej litry pozera w ponad 30 stopniach spragniony organizm, kafejkach internetowych, wynajmie roweru czy motoroweru, innym transporcie. W tym jednym sensie, kosztowym, Laos byl jak dotad lekko rozczarowujacy.

Vientiane lezy nad Mekongiem, do ktorego mialem moze piec minut drogi od hotelu. Po drugiej stronie rzeki widac budynki sasiedniej Tajlandii, sama rzeka nie prezentuje sie tu najatrakcyjniej, przypomina troche Wisle w Warszawie, ot, plynaca woda, a jej okolice niespecjalnie zachecajace do ochow i achow. Stolica ma niska zabudowe, przewazaja dwu-, trzy-pietrowe budynki, zazwyczaj jasnych kolorow, nierzadko poplamione latami zaniedban. Monotonie przerywaja jedynie wyzsze hotele i ogrodzone rezydencje na wiekszych niz maly parking dzialkach. Nie ma w architekturze Vientiane niczego szczegolnego, widac moze odrobine francuskie wplywy i gdyby zalac ulice tlumami turystow mozna by pokusic sie o pomylenie tego miejsca z prowincjonalna Francja. Nie ma tu klimatu Starego Miasta Hanoi, budynki nie sa tez na tyle wiekowe by przywodzic na mysl starowke Hoi An – miasto wyglada dosc nowoczesnie, innymi slowy nieciekawie, z wyjatkiem oczywiscie swiatyn i klasycznych, azjatyckich budowli, schowanych jednak w morzu dobrze znanego mieszczuchom betonu.

Vientiane, Laos

Jednym z ogniskowych punktow miasta jest Patu Xay, budowla na ksztalt Luku Triumfalnego, zajmujaca spora wyspe na srodku jednej z glownych ulic, kilka kilometrow od rzeki. Nie spotkalem sie z takim opisem nigdzie indziej, ale wydawala sie ona naznaczona arabskimi akcentami, w jakis sposob odstawala od reszty miasta – moze to tylko objawy nadmiaru slonca. Patu Xay zbudowane zostalo w latach 60-tych, jako pomnik ofiar walki o niepodleglosc czyli wyzwolenie spod francuskiej kolonizacji. Co ciekawe budowla ta, zartobliwie i z przekasem nazywana jest pionowym pasem startowym – srodki wykorzystane do jej budowy zostaly przekazane Laosowi przez Amerykanow na budowe nowego pasa startowego w miescie, ale ktos wysoko postawiony w laotanskiej hierarchii mial inne ambicje. Mimo, ze Patu Xay sprawia wrazenie monumentu kompletnego, tak naprawde nigdy nie zostal ukonczony. Jedna z funkcji jaka pelni obecnie to ta tarasu widokowego, o ile pamietam, za 2000 kipow mozna wdrapac sie na sama gore i podziwiac niska zabudowe Vientiane otoczona koronami palm. Na kazdym pietrze po drodze na dach tej budowli mozna zaopatrzyc sie w jedna z tysiecy pamiatek, od koszulek z logo Beerlao lub flaga Laosu, przez torby z laotanskimi hieroglifami do drewnianych miniatur Patu Xay.

Patu Xay, Vientiane, Laos

Najciekawsze miejsca sa w wiekszosci w zasiegu dluzszego spaceru, trzeba przygotowac sie jednak na czeste postoje na schlodzenie i dowodnienie organizmu, od prawie dwoch miesiecy funkcjonuje w temperaturze ponad 30 stopni i cos co fachowo nazywa sie chronicznym zmeczeniem tropikalnym daje sie we znaki kazdego dnia od pierwszych sekund po przebudzeniu. No ale i tak wole ten klimat od polskiej zimy czy dowolnej irlandzkiej pory roku (brzmi to mylnie jakby bylo ich wiecej niz jedna).

Pha That Luang, Vientiane, Laos

Miejscem, ktore odwiedzaja chyba wszyscy przyjezdni w Vientiane jest Pha That Luang, wielka, prawie 50-metrowa, zlota stupa. Robi imponujace wrazenie, tym bardziej, ze brama wejsciowa znajduje sie na skraju wielkiego, pustego placu, gdzie kompletnie nic sie nie dzieje, czasem tylko przejedzie pojedynczy skuter. – innymi slowy przekracza sie granice miedzy ogromem pustki i ogromem detali. Sama stupa nie zrobila na mnie pewnie az takiego wrazenia jak na pierwszym lepszym turyscie, bo trzeba przyznac, ze fotogeniczna z niej budowla. Bardziej zainteresowaly mnie liczne swiatynie otaczajace ja z wielu stron. Tutaj widac jak na dloni, jak mowil ktos kiedys w telewizorze, maja rozmach skurwysyny. Moze jest to fraza niespecjalnie pasujaca do buddyjskiego zen, pokory i skromnosci milujacych pokoj Laotanczykow, jak mowi usenetowy akronim MSPANC – moglem sie powstrzymac, ale nie chcialem. Sasiadujace z Pha That Luang swiatynie sa niesamowicie piekne, wiele z nich nie nalezy do najstarszych, niektore postacie zbyt bardzo przypominaja bohaterow Simpsonow, ale i tak uznalem je za o wiele ciekawsze budowle niz szeroko reklamowany Pha That Luang.

Pha That Luang

Malunki na scianach jednej ze swiatyn byly jak zywcem wyjete ze wspolczesnych komiksow, nowoczesna kreska nie gryzla sie jednak ze statusem tego miejsca, a nawet dodawala klimatu, laczac wielowiekowe tradycje z epoka pikseli, co w jakis sposob bylo pocieszajace – buddyzm zawsze mial u mnie taryfe ulgowa, choc im dluzej z nim obcuje w Azji tym bardziej przypomina inne religijne paskudztwa.

Niedaleko Pha That Luang znajduje sie ciekawy budynek Zgromadzenia Narodowego, ktory wygladal na calkowicie opuszczony, choc spiacy w budce straznik zdawal sie przeczyc tej teorii. Widzialem rozne budynki rzadowe w roznych krajach, ten w Vientiane wskoczyl wlasnie na pierwsze miejsce w moim nieoficjalnym rankingu.

National Assembly, Vientiane, Laos

Jeszcze tylko Noy’s Fruit Heaven, mrozona kawa, proby uczenia Noya pewnej sztuczki z gumka do wlosow, gadka szmatka ze spotkanymi Japonczykami (bardzo zaskoczonymi moja znajomoscia geografii ich kraju) i krotki spacer z powrotem do hotelu. W hotelu juz na wejsciu zostalem poinformowany, ze na stacji AXN bedzie emitowany film pod tytulem „Missing in Action” z Chuckiem Norrisem w roli glownej i moge go obejrzec na wielkim telewizorze ustawionym w holu na moim pietrze. Wprawdzie podekscytowane spojrzenie recepcjonisty bylo nawet dosc zarazliwe to bylem jednak juz zbyt zmeczony na sledzenie losow Chucka po jego powrocie do Sajgonu, a tyle mniej wiecej dowiedzialem sie o tresci filmu z rozmowy w recepcji. Pozostalo tylko ustawic wentylator na military power i zasnac.

Odcinek XIX

28 lutego 2010 // Brak komentarzy » // Azja 2009/2010

Tagi: / / / /


Dzień 49
14 lutego 2010
Pakse, Laos
15° 07′ N, 105° 47′ E


Pakse znajduje sie w dosc kluczowym miejscu na mapie Laosu, stad blisko jest do granicy z Tajlandia, nie tak daleko do granicy z Kambodza i calkiem blisko do granicy z Wietnamem. Dodatkowo jest stolica prowincji Champasak i najwiekszym miastem w regionie. Wraz z Benem dotarlismy tam krotko po czternastej i po wyladowaniu bagazy usiedlismy na krawezniku niedaleko skrzyzowania i w obliczu braku jakichkolwiek znakow i tablic okreslajacych nasza pozycje probowalismy rozgryzc w ktorej czesci Pakse sie znajdujemy. Jak sie okazalo skrzyzowanie, kilka metrow od nas, to najruchliwszy punkt miasta, co w Laosie, w tym przypadku przynajmniej, oznacza, ze mozna spokojnie polozyc sie na jego srodku i zdrzemnac sie. I punkt ten znajduje sie dokladnie w samym srodku centrum Pakse. Czas rozejrzec sie za noclegiem, ruszylismy wiec glowna ulica i trafilismy na Lankham Hotel, wspominany w przewodniku Lonely Planet jako miejsce warte swojej ceny. W zwiazku z tym, ze miejsce znajduje sie na krotkiej liscie polecanych miejsc w przewodniku spodziewalem sie nie tyle wysokich cen co zwyczajnie kiepskiej jakosci. I jak sie okazalo nie pomylilem sie, pokoje brudne, zakurzone, a w recepcji wolaja 90000 kipow (11 USD/33 PLN), calkiem sporo. Ben stwierdzil, ze nie zostaje na noc w Pakse i lapie nocny autobus do Vientiane, udal sie wiec do biura podrozy organizowac dla siebie transport, kiedy ja wlasnie wdrapywalem sie na trzecie pietro Royal Pakse Hotel aby ocenic tamtejsze warunki. Zdecydowalem sie wziac pokoj, ktory kosztowal takze 90000 kipow, ale dodatkowo wyposazony byl w klimatyzacje i telewizor. To pierwsze przynosi szczegolna ulge.

Pakse, Laos

Sam nie bylem pewien jak dlugo zostane w Pakse, rozwazalem jednodniowy wypad do Champasak w celu zobaczenia Wat Phu Champasak, swiatyni zbudowanej na szczycie wzgorza gorujacego nad oddalonym o godzine od Pakse miasteczkiem. Oczywiscie biura podrozy oferuja bilety na minibus do Champasak za 55000 kipow gdy wystarczy wybrac sie na dworzec autobusowy i lokalnym autobusem dotrzec mozna tam za jedyne 15000. Opcje wycieczkowe sa juz kompletnym zdzierstwem, za jednodniowy wypad licza sobie od 28 do 45 dolarow od jednej osoby. Rozwazalem takze dluzszy wypad do Tat Lo, 90 kilometrow na wschod od Pakse, na plaskowyzu Bolaven. Koniec koncow odrzucilem wszystkie te opcje i postanowilem zostac w Pakse jeden dzien, a potem udac sie dalej na polnoc, do stolicy.

W Pakse znajduje sie kilka kafejek internetowych, Ben biegal jednak w kolko sepiac o darmowe wi-fi, dzieki ktoremu moglby korzystac ze skype’a za pomoca swojego jaTelefonu. Ja skorzystalem z okazji i zaczalem zrzucac zdjecia z kart, upewniwszy sie najpierw do ktorej czynna jest kafejka. Mimo uzyskania przeze mnie satysfakcjonujacej odpowiedzi na te kwestie kilkanascie minut pozniej oznajmiono, ze kafejka jest wlasnie zamykana. Dzis Sylwester Chinskiego Nowego Roku. A Chinski Nowy Rok to w wiekszosci Indochin wciaz dosc powazna uroczystosc. I rozciagla… W niektorych miejscach swietuje sie Nowy Rok przez ponad dwa tygodnie, tutaj jednak „tylko” przez cztery dni. Oczywiscie Lao Lao leje sie strumieniami, palce kleja sie od ryzu, a ulice patrolowane sa przez oddzialy ubranych na czerwono i zolto tancerzy i spiewakow. Bije sie w pokazne bebny, glowa papierowego lwa tanczy w gore i w dol, a grupa przemieszcza sie tak od lokalu do lokalu, otrzymujac datki, ale najczesciej paliwo – czyli lao lao.

Chinski Nowy Rok

W okolicy centrum Pakse znajduja sie tylko dwa bankomaty – jeden byl juz ograbiony, drugi znalezlismy po krotkim spacerze wzdluz rzeki Sedone, laczacej sie z Mekongiem niedaleko stad. W drodze powrotnej zwrocilismy uwage na glosna impreze odbywajaca sie w jednej z restauracji, bylo jeszcze jasno, mimo to towarzystwo juz porzadnie rozpedzone. Nasze ciekawskie spojrzenia zostaly zauwazone i zostalismy doslownie wciagnieci do srodka i rozsadzeni wokol stolu. Glosna muzyka nie pozwalala na jakakolwiek komunikacje, ale bylem prawie pewien, ze i tak bysmy swoich slow nie zrozumieli. Postawiono przed nami szklanice, nalano czerwonego Jasia, podsunieto pod nos talerz z czyms, zgadywalem, ze to ryz z kurczakiem, ale pewnosci miec nie moglem. Jednego trzeba wypic, aby odgonic zle duchy, taki regulamin. Kilkanascie lat temu jeszcze nie bylo taryf ulgowych, czekalaby nas cala kolejka kolejek i z kazdej trzeba by cos upic. Zeby bylo trudniej, szczegolnie dla abstynentow, na jeden stol nierzadko dwie lub trzy szklanice, wiec nie ma mowy o saczeniu ich zawartosci, wychyla sie ja duszkiem i podaje sie szklo dalej. Jak to sie mowi, no to siup, zeby nam mordy szuwarami nie zarosly. Na szczescie wygladalo na to, ze tutaj niedoboru szklanek nie ma.

Chinski Nowy Rok - wersja Lao

Po pewnym czasie, za pomoca pojedynczych slow jak „no” i „husband” oraz zarliwej gestykulacji udalo sie nam rozgryzc, ze meska czesc biesiady goraco zachwala nam siedzace przy stole panny, ktore smialy sie do rozpuku z naszych glupich min, ale ochoczo pozowaly do zdjec z mlodymi fa rang. Dowiedzielismy sie, ze cale to swietowanie jest na okazje obecnosci jednego z gosci, Chinczyka, ktory najwyrazniej jest mezem jednej z Laotanek. Siedzial w rogu sali, z powazna mina i telefonem nieodklejajacym sie od ucha. Nie chcielismy naduzywac goscinnosci, wiec po niedlugim czasie zaczelismy sie wycofywac, dziekujac za goscine i zegnajac sie na niedzwiedzia z mocno noworocznymi Laotanczykami.

Sangha College

Tego samego dnia odwiedzilismy jeszcze Wat Luang, swiatynie polaczona z wyzsza uczelnia, dokladna nazwa to Sangha College of Champassak Wat Laung. W niej wyzsza edukacje zdobywaja odziani w pomaranczowe szaty mnisi. Udalo mi sie rzucic okiem na jedna z klas, drugiego roku nauk biologicznych. Nasze cienie robily sie juz coraz dluzsze, odstawilem Bena na autobus, a raczej na sang-thaew, czyli rodzaj tuk-tuka, czasem zadaszonego pickupa z dwoma lawkami z tylu, ktory mial dopiero zabrac go na dworzec autobusowy.

*

Nastepnego dnia za budzik posluzyl mi dzwiek tluczonego szkla i gietej blachy. Wyszedlem na balkon, zeby zobaczyc lezacy pod przednim zderzakiem samochodu skuter. Meh, po pierwszych tygodniach w Wietnamie, gdy dziwilem sie malej ilosci wypadkow, teraz bylem juz do nich przyzwyczajony. Lokalna ludnosc jednak nigdy nie ma ich dosc i szybko tworzy kola dyskusyjne wokol miejsca wypadku. Przed poludniem wymeldowalem sie z hotelu, zostawilem plecak na przechowanie w biurze podrozy i przez reszte dnia lazilem bez celu po miescie, uciekajac raz na jakis czas przed upalem do otwartych kafejek internetowych poza centrum Pakse. Wieczorem tego dnia lezalem juz na jednym z pieciu lozek, dzielonych przez tylko trzy osoby na tyle nocnego autobusu relacji Pakse-Vientiane (150000 kipow – 18 USD/54 PLN), co dawalo mi wystarczajaco duzo wygody. A nastepnego dnia, punktualnie o 6:00 rano, wysiadalem zaspany z tego pojazdu na poludniowym dworcu autobusowym stolicy Laosu.

Odcinek XVIII – Kambodza: podsumowanie

17 lutego 2010 // Brak komentarzy » // Azja 2009/2010

Tagi: / / / / / / / / /


Dzień 49
14 lutego 2010
Pakse, Laos
15° 07′ N, 105° 47′ E


Czas na krotkie podsumowanie ostatnich dwoch tygodni z kawaleczkiem. W tym czasie odwiedzilem Phnom Penh, Siem Reap i Angkor, Sihanoukville, Stung Treng i Banlung – za podliczanie kilometrow wezme sie zapewne dopiero po powrocie.

Krajobrazy: 8.5/10

Zdecydowana poprawa jesli chodzi o widoki, nie rzadzi juz tu szyld i billboard jak w sasiednim Wietnamie, z drugiej strony brakuje moze odrobine dramatycznych akcentow. Kambodza, nie liczac kilku miejsc, jest calkowicie plaska, ale jest tez o wiele bardziej dziewicza od Wietnamu. Tam wszystko co mozna bylo oblac betonem i obkleic reklamami oblane i obklejone zostalo. W Kambodzy nierzadko przez setki kilometrow ciezko jest natrafic na znak wspolczesnej cywilizacji. Puste, prawie pustynne rowniny, geste lasy, dzungla, rzeki, morze. Spedzilem w Kambodzy zbyt malo czasu, dodatkowe dwa, trzy tygodnie bylyby calkiem na miejscu, chocby aby zobaczyc Gory Kardamonowe i poplynac lodzia do Battambang.

Ludzie: 7.5/10

Roznice zauwazylem natychmiast. Nikt nie patrzy tu na mnie w dwuznaczny sposob, nie zastanawiam sie czy doswiadczam wlasnie ciekawskiego czy asekuracyjnego, wrogiego moze nawet spojrzenia. Khmerowie sie do mnie usmiechaja, sami z siebie, nie potrzeba do tego zadnej formy transakcji. Nie zaczepiaja mnie o kupno czegokolwiek, nie jestem postrzegany jako chodzacy bankomat.

Ucza sie jednak od sasiadow. W Angkorze widac juz typowo wietnamskie zachowania, „buy from me” i zawyzanie cen. A kto nie kupuje ten gapa, ten zly fa rang. Kilka razy dochodzilem do podobnego wniosku, w roznych kwestiach – Kambodza za 10 lat bedzie dzisiejszym Wietnamem, Laos dzisiejsza Kambodza, a sam Wietnam dzisiejsza Tajlandia. Wiec byc moze to juz ostatnia szansa zeby zaznac khmerskiej goscinnosci, uczynnosci i usmiechu zanim zgina gdzies pod zadza zysku i pierwszymi kopnieciami dzikiego kapitalizmu i stana sie dobrem, ktorego trzeba bedzie aktywnie szukac.

Transport: 7/10

Wiekszosc hoteli wciaz potrafi zorganizowac transport, ale nie szuka ku temu okazji, wypytujac gosci o dalsze punkty podrozy. Hotele, jak wszedzie, maja w zwyczaju naliczanie sobie pokaznej prowizji, nawet do 25%. Podrozowanie po Kambodzy jest mniej wygodne, autobusy zazwyczaj maja juz swoje lata, a przewoza zreszta nie tylko ludzi, ale i towary, nierzadko tez zwierzeta hodowlane. Zreszta czesciej niz rzadziej bedzie sie poruszac ciasnym minibusem, w ktorym miesci sie duzo wiecej osob niz sie powinno miescic. Jest to element przygody, jak pokazuje przyklad mojej drogi z Banlung do Stung Treng dodaje to nieprzywidywalnosci i dreszczyku emocji. Jestem jednak pewien, ze na dluzsza mete (dluzej niz miesiac) moze to byc dosc meczace. Fakt korzystania z tego samego srodka transportu, z ktorego korzysta miejscowa ludnosc na pewno jednak czyni podrozowanie ciekawszym. Idealnym srodkiem transportu w Kambodzy jest rower i juz teraz zastanawiam sie nad powrotem do tego kraju, z rowerem kupionym w Bangkoku, na miesiac pedalowania.

Jedzenie: 6/10

Nie moge powiedziec, ze khmerskie potrawy przypadly mi jakos specjalnie do gustu. Najmilsze wspomnienia zwiazane sa z zimnymi shake’ami owocowymi, ale na pewno warto sprobowac ryby Amok (czasami Amoc) – delikatnych kawalkow ryby podawanych z ryzem i ostrym curry doprawianym kokosem. Nie mozna spudlowac z klasycznym smazonym ryzem i kurczakiem lub lekko urozmaicona khmerska wersja, Apsara Khmer Chicken, w ktorej wiecej jest warzyw. Ceny, w zwiazku z funkcjonowaniem dolara jako drugiej, czasem pierwszej waluty, nierzadko sa w przeliczeniu wyzsze niz w Wietnamie – nie przypominam sobie jednak zebym zaplacil za obiad z napojami wiecej niz 15-16 tysiecy rielow (3,5-4 USD/10-12 PLN).

Noclegi: 6/10

Nie ma tu takiej mnogosci opcji jak w Wietnamie, ale w nawet najbardziej niedostepnych miejscach na pewno znajdzie sie miejsce, gdzie mozna sie zatrzymac i nie stracic majatku. Stosunek jakosci do ceny mocno jednak cierpi w momencie przekroczenia granicy z Wietnamem. Tutaj za ciepla wode czy klimatyzacje trzeba juz doplacic, w Wietnamie przynajmniej ciepla woda byla standardem. Nie jest zle, bez cieplej wody spokojnie mozna dac sobie rade, odpowiednio duzy wentylator tez zlagodzi upalne dni. Poza Sihanoukville ani razu nie zaplacilem za pokoj wiecej niz 6 dolarow (18 PLN).

Komfort: 6/10

Klaksony staja sie wyjatkiem, drogi sa mniej zatloczone i nie liczac miejsc jak Ratanakiri, calkiem niezlej jakosci. Autobusy jednak, szczegolnie na dlugich trasach potrafia dac w kosc, jesli ma sie mozliwosc podzielic 10-godzinna podroz na dwa etapy to proponuje to zrobic. I nie polecam podrozy minibusem dluzszych niz cztery godziny, chyba ze polpustym, ale nie oszukujmy sie, o takich pisze sie tylko w khmerskich bajkach.

Pogoda: 7/10

Upal. Upal. Upal. Ani jednego pochmurnego dnia, od 8 rano do 6 rano dnia nastepnego dusznosc i zar z nieba. Przyzwyczailem sie juz wprawdzie do tego klimatu, ale meczy on organizm mimo to. W porze suchej Kambodza moglaby znajdowac sie na kontynencie afrykanskim i nikt specjalnie by sie temu nie dziwil.

Latwosc: 6.5/10

No w koncu, jakies wyzwania. Ustalanie transportu z niemowiacym po angielsku kierowca, zamawianie na migi jedzenia ze straganu, piaszczyste niedostepne drogi calkowicie nieprzejezdne przez niespodziewane okolicznosci. Moze nie jest to pamietany przeze mnie z dziecinstwa wyscig Camel Trophy, ale bywalo podobnie.

Ocena ogólna: 7/10

Wiekszosc ludzi do Kambodzy przybywa z Tajlandii lub Laosu, wiec wielka zmiana nie jest specjalnie zauwazalna. Jednak gdy wjezdza sie do Kambodzy z Wietnamu, juz pierwsze kilka kilometrow przynosi dziwna ulge. Przyjdzie jeszcze czas, ze pokonywac sie bedzie te granice bez poczucia najmniejszej zmiany, ale do tego czasu jesli ktos ma tylko dwa tygodnie czy miesiac i zastanawia sie gdzie spedzic wiekszosc tego czasu to moja odpowiedz moze byc tylko jedna. Welcome to Cambodia – The Kingdom of Wonder. A ocene ogolna podciagam do siodemki.

Budzet: 25 USD/dzien

Teoretycznie Kambodza powinna byc tansza od Wietnamu i jesli chodzi o noclegi to faktycznie byla nie do pobicia. Ja wydalem tam chyba jednak troche wiecej niz planowalem, a duza czesc zjadl transport. W zwiazku z tym, ze mialem w Kambodzy lacznie tylko 16 dni, probowalem zapewne zobaczyc jak najwiecej, a to oznaczalo czeste przemieszczanie sie z miejsca na miejsce. No i nie nalezy zapominac, ze jednodniowy bilet na zwiedzanie Angkoru to 20 dolarow – czyli tak naprawde trzy (albo i cztery) noclegi. O ile w Wietnamie mozliwe bylo zejscie ponizej srednich 25 dolarow za dzien to w Kambodzy moze to byc wyzwaniem, ale wszystko zalezy od planu, liczby miejsc i nastawienia. Jesli ktos lubi mieszkac w jednym pokoju z kilkoma osobami to w Kambodzy wiele w ten sposob nie zaoszczedzi, ale z drugiej strony ziarnko do ziarnka…