Posts Tagged ‘angkor wat’

Odcinek XVIII – Kambodza: podsumowanie

// Luty 17th, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 49
14 lutego 2010
Pakse, Laos
15° 07′ N, 105° 47′ E


Czas na krotkie podsumowanie ostatnich dwoch tygodni z kawaleczkiem. W tym czasie odwiedzilem Phnom Penh, Siem Reap i Angkor, Sihanoukville, Stung Treng i Banlung – za podliczanie kilometrow wezme sie zapewne dopiero po powrocie.

Krajobrazy: 8.5/10

Zdecydowana poprawa jesli chodzi o widoki, nie rzadzi juz tu szyld i billboard jak w sasiednim Wietnamie, z drugiej strony brakuje moze odrobine dramatycznych akcentow. Kambodza, nie liczac kilku miejsc, jest calkowicie plaska, ale jest tez o wiele bardziej dziewicza od Wietnamu. Tam wszystko co mozna bylo oblac betonem i obkleic reklamami oblane i obklejone zostalo. W Kambodzy nierzadko przez setki kilometrow ciezko jest natrafic na znak wspolczesnej cywilizacji. Puste, prawie pustynne rowniny, geste lasy, dzungla, rzeki, morze. Spedzilem w Kambodzy zbyt malo czasu, dodatkowe dwa, trzy tygodnie bylyby calkiem na miejscu, chocby aby zobaczyc Gory Kardamonowe i poplynac lodzia do Battambang.

Ludzie: 7.5/10

Roznice zauwazylem natychmiast. Nikt nie patrzy tu na mnie w dwuznaczny sposob, nie zastanawiam sie czy doswiadczam wlasnie ciekawskiego czy asekuracyjnego, wrogiego moze nawet spojrzenia. Khmerowie sie do mnie usmiechaja, sami z siebie, nie potrzeba do tego zadnej formy transakcji. Nie zaczepiaja mnie o kupno czegokolwiek, nie jestem postrzegany jako chodzacy bankomat.

Ucza sie jednak od sasiadow. W Angkorze widac juz typowo wietnamskie zachowania, „buy from me” i zawyzanie cen. A kto nie kupuje ten gapa, ten zly fa rang. Kilka razy dochodzilem do podobnego wniosku, w roznych kwestiach – Kambodza za 10 lat bedzie dzisiejszym Wietnamem, Laos dzisiejsza Kambodza, a sam Wietnam dzisiejsza Tajlandia. Wiec byc moze to juz ostatnia szansa zeby zaznac khmerskiej goscinnosci, uczynnosci i usmiechu zanim zgina gdzies pod zadza zysku i pierwszymi kopnieciami dzikiego kapitalizmu i stana sie dobrem, ktorego trzeba bedzie aktywnie szukac.

Transport: 7/10

Wiekszosc hoteli wciaz potrafi zorganizowac transport, ale nie szuka ku temu okazji, wypytujac gosci o dalsze punkty podrozy. Hotele, jak wszedzie, maja w zwyczaju naliczanie sobie pokaznej prowizji, nawet do 25%. Podrozowanie po Kambodzy jest mniej wygodne, autobusy zazwyczaj maja juz swoje lata, a przewoza zreszta nie tylko ludzi, ale i towary, nierzadko tez zwierzeta hodowlane. Zreszta czesciej niz rzadziej bedzie sie poruszac ciasnym minibusem, w ktorym miesci sie duzo wiecej osob niz sie powinno miescic. Jest to element przygody, jak pokazuje przyklad mojej drogi z Banlung do Stung Treng dodaje to nieprzywidywalnosci i dreszczyku emocji. Jestem jednak pewien, ze na dluzsza mete (dluzej niz miesiac) moze to byc dosc meczace. Fakt korzystania z tego samego srodka transportu, z ktorego korzysta miejscowa ludnosc na pewno jednak czyni podrozowanie ciekawszym. Idealnym srodkiem transportu w Kambodzy jest rower i juz teraz zastanawiam sie nad powrotem do tego kraju, z rowerem kupionym w Bangkoku, na miesiac pedalowania.

Jedzenie: 6/10

Nie moge powiedziec, ze khmerskie potrawy przypadly mi jakos specjalnie do gustu. Najmilsze wspomnienia zwiazane sa z zimnymi shake’ami owocowymi, ale na pewno warto sprobowac ryby Amok (czasami Amoc) – delikatnych kawalkow ryby podawanych z ryzem i ostrym curry doprawianym kokosem. Nie mozna spudlowac z klasycznym smazonym ryzem i kurczakiem lub lekko urozmaicona khmerska wersja, Apsara Khmer Chicken, w ktorej wiecej jest warzyw. Ceny, w zwiazku z funkcjonowaniem dolara jako drugiej, czasem pierwszej waluty, nierzadko sa w przeliczeniu wyzsze niz w Wietnamie – nie przypominam sobie jednak zebym zaplacil za obiad z napojami wiecej niz 15-16 tysiecy rielow (3,5-4 USD/10-12 PLN).

Noclegi: 6/10

Nie ma tu takiej mnogosci opcji jak w Wietnamie, ale w nawet najbardziej niedostepnych miejscach na pewno znajdzie sie miejsce, gdzie mozna sie zatrzymac i nie stracic majatku. Stosunek jakosci do ceny mocno jednak cierpi w momencie przekroczenia granicy z Wietnamem. Tutaj za ciepla wode czy klimatyzacje trzeba juz doplacic, w Wietnamie przynajmniej ciepla woda byla standardem. Nie jest zle, bez cieplej wody spokojnie mozna dac sobie rade, odpowiednio duzy wentylator tez zlagodzi upalne dni. Poza Sihanoukville ani razu nie zaplacilem za pokoj wiecej niz 6 dolarow (18 PLN).

Komfort: 6/10

Klaksony staja sie wyjatkiem, drogi sa mniej zatloczone i nie liczac miejsc jak Ratanakiri, calkiem niezlej jakosci. Autobusy jednak, szczegolnie na dlugich trasach potrafia dac w kosc, jesli ma sie mozliwosc podzielic 10-godzinna podroz na dwa etapy to proponuje to zrobic. I nie polecam podrozy minibusem dluzszych niz cztery godziny, chyba ze polpustym, ale nie oszukujmy sie, o takich pisze sie tylko w khmerskich bajkach.

Pogoda: 7/10

Upal. Upal. Upal. Ani jednego pochmurnego dnia, od 8 rano do 6 rano dnia nastepnego dusznosc i zar z nieba. Przyzwyczailem sie juz wprawdzie do tego klimatu, ale meczy on organizm mimo to. W porze suchej Kambodza moglaby znajdowac sie na kontynencie afrykanskim i nikt specjalnie by sie temu nie dziwil.

Latwosc: 6.5/10

No w koncu, jakies wyzwania. Ustalanie transportu z niemowiacym po angielsku kierowca, zamawianie na migi jedzenia ze straganu, piaszczyste niedostepne drogi calkowicie nieprzejezdne przez niespodziewane okolicznosci. Moze nie jest to pamietany przeze mnie z dziecinstwa wyscig Camel Trophy, ale bywalo podobnie.

Ocena ogólna: 7/10

Wiekszosc ludzi do Kambodzy przybywa z Tajlandii lub Laosu, wiec wielka zmiana nie jest specjalnie zauwazalna. Jednak gdy wjezdza sie do Kambodzy z Wietnamu, juz pierwsze kilka kilometrow przynosi dziwna ulge. Przyjdzie jeszcze czas, ze pokonywac sie bedzie te granice bez poczucia najmniejszej zmiany, ale do tego czasu jesli ktos ma tylko dwa tygodnie czy miesiac i zastanawia sie gdzie spedzic wiekszosc tego czasu to moja odpowiedz moze byc tylko jedna. Welcome to Cambodia – The Kingdom of Wonder. A ocene ogolna podciagam do siodemki.

Budzet: 25 USD/dzien

Teoretycznie Kambodza powinna byc tansza od Wietnamu i jesli chodzi o noclegi to faktycznie byla nie do pobicia. Ja wydalem tam chyba jednak troche wiecej niz planowalem, a duza czesc zjadl transport. W zwiazku z tym, ze mialem w Kambodzy lacznie tylko 16 dni, probowalem zapewne zobaczyc jak najwiecej, a to oznaczalo czeste przemieszczanie sie z miejsca na miejsce. No i nie nalezy zapominac, ze jednodniowy bilet na zwiedzanie Angkoru to 20 dolarow – czyli tak naprawde trzy (albo i cztery) noclegi. O ile w Wietnamie mozliwe bylo zejscie ponizej srednich 25 dolarow za dzien to w Kambodzy moze to byc wyzwaniem, ale wszystko zalezy od planu, liczby miejsc i nastawienia. Jesli ktos lubi mieszkac w jednym pokoju z kilkoma osobami to w Kambodzy wiele w ten sposob nie zaoszczedzi, ale z drugiej strony ziarnko do ziarnka…

Odcinek XV

// Luty 7th, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 42
7 lutego 2010
Phnom Penh, Kambodza
11° 33′ N, 104° 55′ E


Nie liczac Phnom Penh, jestem blizszy stwierdzenia, ze najciekawsze jest to co miedzy miastami, a nie to co w nich. Jak sie tak zastanowic to zawsze serce bilo mi szybciej poza miastem, w kazdym miejscu na swiecie. Siem Reap to zaplecze przemyslu zwanego Angkor Wat – nie wiem czemu caly ten znany na swiecie kompleks nazwany jest nazwa jednej jego tylko malej czesci, w dodatku tej mniej ciekawej. W miescie poza tym, ze mozna wszystko co znajome (czyt. zachodnie) dostac na tacy i moze poza kilkoma swiatyniami i skwerami, nie ma nic szczegolnego. Wiekszosc czasu i tak spedze poza miastem, zwiedzajac ruiny Angkoru, jednak nie bedzie to szczegolne poprawa klimatu. Trafiam jednak do najlepszego hotelu, w jakim bylem, odkad przyjechalem do Azji, za szesc dolarow dostaje jakosc, zarowno pokoju jak i obslugi, o ktorej nawet nie chcialem wczesniej marzyc. Niestety, w Siem Reap, jak w kazdym popularnym miejscu, otaczaja nas mlodzi Amerykanie i Niemcy, jak sie ma odrobine farta to Australijczycy. Przyjezdzaja tutaj nie po to, zeby poznac kraj, miejsce, kulture czy jezyk, a po to by lezac w hamaku i zagryzajac hamburgera importowanym piwem ogladac najnowszy odcinek House’a. To oni maja potem galerie zdjec zatytulowane „Cambodia 2010″ wypelnione setka zdjec z imprez i dwoma zdjeciami z jakiejs plazy. Mozna i tak, smutnym faktem jest jednak, ze Kambodza ksztaltowana jest pod ich wlasnie dictum, o czym przekonalem sie bolesnie kilka dni pozniej w Sihanoukville.

Smiley's

Smiley’s Guesthouse to dosc pokazna trzypietrowa willa zbudowana wokol zielonego ogrodu, z przestronnym patio i restauracja, w ktorej na wiklinowych fotelach mozna wylegiwac sie bez konca. Hotel przywital mnie idealnie czystym pokojem z wiatrakiem i koktajlami owocowymi, za ktorymi juz tesknie. Na patio fruwaly male ptaki, po scianach dreptaly gekony, u stop wylegiwaly sie male psy. Nie wiem czemu, ale ubzduralem sobie, ze mialem plan zostac tutaj tylko dwa dni, wiec przedluzylem sobie pobyt do dni trzech, co jak sie okazalo i tak bylo oryginalnym planem. Pierwszy dzien zakonczylem czystym relaksem, lektura ksiazki, z koktajlem w dloni i pobieznym planowaniem dnia nastepnego.

Nastepnego dnia wyruszylem na zwiedzanie Angkoru. Nie lubie zwiedzac, dziwnie kojarzy mi sie to pojecie, jak cos co nalezy zrobic, bo jak nie to… Przyznaje, ze majac na uwadze czekajace tutaj tlumy turystow rozwazalem czy w ogole odwiedzac to miejsce, naleze chyba do osob, ktore bedac w Paryzu wola zgubic sie w kretych uliczkach niz pobieznie nawet rzucic okiem na wieze Eiffle’a. Koniec koncow, jestem w Siem Reap i zobacze te ruiny. Sa trzy rodzaje biletow, na jeden dzien, na trzy dni i na dni siedem, w cenie kolejno 20, 40 i 60 dolarow. Mialem juz jakas wiedze na temat rozkladu kompleksu, wielkosci swiatyn i naprawde nie bardzo wiedzialem jak ktos, niebedacy archeologiem czy historykiem, tloczac sie w tlumach turystow, moglby spedzic w ruinach wiecej niz jeden dzien. Pewnie, mozna badac je szczegolowo, mozna pomagac soba wiedza ksiazkowa, diagramami, mapami, mozna wreszcie godzinami kontemplowac trud jaki zostal wlozony w zbudowanie tego wszystkiego siedzac sobie na kamieniu, mozna spedzic tak nawet miesiac, ale samemu, w spokoju, bez pospiechu. Nie z tlumem glosnych turystow na karku i nie ze sprzedawcami podazajacymi za tym tlumem jak kierowcy xe om za kazda osoba, ktora bezczelnie wazy sie uzywac wlasnych nog. Przy bramie wjazdowej bylem kilkanascie minut po siodmej rano, odpuscilem sobie wypad o piatej rano celem ogladania wschodu slonca, odbywajacego sie dokladnie za piecioma wiezami Angkor Wat. Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie ogladanie malowniczego wschodu slonca w towarzystwie tysiaca innych osob, bynajmniej niechodzacych na paluszkach, traci jakikolwiek sens. Do Angkor Wat okolo osmej rano podazaly juz pochody nosicieli aparatow. Kompleks zostal zbudowany w XII wieku, wiec nie sa to szczegolnie antyczne budowle i dla mnie, nie liczac freskow i plaskorzezb na scianach, byly duzo mniej ciekawe niz wspolczesnie (przez powiedzmy ostatnie 200 lat) budowane khmerskie swiatynie. Oczywiscie calkiem inaczej odbiera sie jakiekolwiek ruiny gdy chodzi sie po nich samemu, a inaczej gdy jest sie jedna z tysiecy osob na ich terenie, ruiny wszelkiego rodzaju zasluguja po prostu na indywidualne, nawet intymne ich poznawanie.

Angkor Wat

Plaskorzezby przedstawiajace rozmaite sceny z zycia krolewstwa Khmerow ciagna sie na scianach Angkor Wat dziesiatkami metrow, wszelkie przejscia zdobione sa postaciami hinduskich bogow, nierzadko mozna spotkac figury Buddy, nierzadko tez bez glowy, odcietej zapewne lata temu, byc moze nawet przez Czerwonych Khmerow. Diabel tkwi w szczegolach, te sa naprawde ciekawe i calkiem dobrze zachowane, ale jesli chodzi o sama budowle to… meh, nic specjalnego. Duzo ciekawiej prezentuje sie Angkor Thom, a szczegolnie swiatynia Bayon.

Bayon

Zachowana w gorszym stanie niz rozpieszczony Angkor Wat, zdobiona jest 216 obliczami krola Jayavarmana VII, ktory budujac Angkor Thom kompensowal chyba sobie jakies braki. Bayon jest jednak duzo mniejsze od Angkor Wat, tam szczegolnie daja popalic tlumy turystow, trzeba sie miedzy nimi zwyczajnie przeciskac. Na kazdym kroku ktos robi sobie zdjecie, zjawisko, ktorego nie potrafie zrozumiec. Po co psuc calkiem dobre zdjecie, zaslaniajac kluczowe fragmenty krajobrazu swoim paskudnym pyskiem? Jedyny powod to chyba mozliwosc udowodnienia (w celu chwalenia sie nia) swojej obecnosci w jakims miejscu, calkiem zacny powod do wychodzenia z domu i lotu przez pol swiata. Pytano mnie sie juz w roznych miejscach czy chce zeby zrobiono mi zdjecie na tym czy innym tle, uprzejmie odmawialem. Najlepsze sa te zdjecia, gdzie postac zajmuje cale 5% jego powierzchni, oczywiscie jak biala plama, w samym jego srodku, bo przeciez trzeba objac wszystkie sto pieter budowli. I czemu na zdjeciach mamy sie usmiechac? No ale te i inne tajemnice zostawic nalezy na inna okazje. Czasem wydaje mi sie, ze wiecej sie wynosi z pewnych miejsc i okolicznosci, gdy nie ma sie najmniejszej mozliwosci ich udokumentowania i pozostaje tylko wlasna glowa. Mialem nawet przed wyjazdem tak przewrotna jak przelotna mysl o niezabieraniu aparatu ze soba do Azji.

:}

I tak, przebijajac sie przez tlumy, psioczac na Niemcow, ktorzy zaczeli oburzeni dyrygowac zwiedzajacymi wchodzacymi im w ich bezcenny kadr (az sie prosili o domalowanie im malego wasika), dotarlem w koncu do swojego roweru i udalem sie poza teren Angkor Thom, poza cztery wiodace do niego bramy, z mina przypominajaca pewnie ironiczny usmiech Jayavarmana VII, skierowany w Bayon na wszystkie strony swiata. Poza bramami Angkor Thom robi sie luzniej, ale luzno tak naprawde nie jest nigdzie w promieniu pietnastu kilometrow. Angkor Wat to biznes i biznes ma sie dobrze.

Poza bramami Angkor Thom, jakis kwadrans rowerem od bramy polnocnej znajduje sie Preah Khan, swiatynia juz w stanie powaznego rozkladu, powoli polykana przez dzungle. Tam latwo uciec, chociaz na chwile, od nosicieli aparatow, zgubic sie w niezliczonych korytarzach, z ktorych wiele jest juz zawalonych. Tutaj raczej nie zagladaja ekipy porzadkowe, nie przeprowadza sie rozleglych rekonstrukcji, swiatynia wyglada jakby zastali ja wlasnie pierwsi odkrywcy z Europy.

Preah Khan

Odwiedzilem jeszcze swiatynie Ta Keo i Ta Prohm i udalem sie w droge powrotna. Z droga do i z Angkoru cala wyprawa zajela dokladnie szesc godzin. Tego samego dnia w hotelu spotkalem dwie Polki (pozdrowienia), ktore byly chyba poczatkowo dosc sceptyczne w kwestii tak szybkiego zwiedzenia Angkoru, do czasu az dnia nastepnego wrocily stamtad niewiele pozniej ode mnie. I tak zrobilem w jeden dzien jakies 60 kilometrow na rowerze, nastepnego dnia lezalem wiec glownie do gory kolami, a dzien pozniej bylem juz w drodze do Sihanoukville.

*

Gdy jestem w tranzycie mam ochote wyskoczyc z autokaru, zanim dotre do granic jakiegos wiekszego miasta. To tutaj jest prawdziwa Kambodza, na wsi, w malych drewnianych chatkach, niektorych tak niskich, ze nie mozna w nich stanac. W miescie zaczyna sie zaraza zwana fa rang czyli obcokrajowcy. W Phnom Penh nie jest az tak widoczna, jest to w koncu spore miasto, gdzie fa rang nie rzuca sie tak w oczy. Poza tym sa tu miejsca, gdzie fa rang sie nie zapuszczaja – nie ma tam muzeow ani barow z happy hour – nie ma wiec powodu. I tam zabieram zwykle wysluzone dwa kolka. Mysle tez nad kupnem roweru w Laosie (ceny zaczynaja sie od 20 dolarow) i przemierzania niektorych odcinkow trasy za jego pomoca. W Laosie ruch drogowy prawie nie istnieje, a najlepiej, mi w kazdym razie, podrozuje sie wlasnym i w miare powolnym srodkiem transportu.

Dotarlem w koncu do Sinahoukville, z godzinnym opoznieniem, grubo po osiemnastej. Slonce zachodzi juz nad portem, a mnie wszystko boli, spedzilem w autobusie ponad dziesiec godzin. Nie chcialo mi sie spedzac polowy wieczoru na szukaniu noclegu, poprosilem wiec kierowce motoroweru o zabranie mnie w okolice Monkey Republic, paskudnego, backpackerskiego miejsca, polecanego przez Lonely Planet – w okolicy, na Road to Serendipity, jest centrum noclegowe Sihanoukville (choc ja zaczne chyba uzywac starej nazwy Kompong Som). Nie mieli juz miejsc, wiec zgodzilem sie na pokoj oferowany mi u sasiada, Mick And Craig’s, takze wspomnianego w przewodniku. Za dwanascie dolarow dostalem pokoj wart moze pieciu. Jesli ktos wybiera sie gdziekolwiek z przewodnikiem Lonely Planet to niech omija miejsca w nim polecane. Sam fakt umieszczenia jakiegos przybytku na jego stronach w wiekszosci przypadkow gwarantuje obnizona jakosc (po co sie starac, jesli trzy czwarte potencjalnych klientow juz podrozuje z naszym adresem w plecaku) i zawyzone ceny. I najgorszy rodzaj towarzystwa w nadmiarze jesli ktos traktuje podrozowanie powaznie, a nie jako okazje do imprezowania. Juz tego wieczoru wiedzialem, ze nastepnego dnia bede spal gdzie indziej, a w samym Kompong Som nie zostane dluzej niz niecale dwa dni.

Serendipity Beach

Miasto charakteryzuje sie chyba tylko swoja turystyczna pozycja na mapie Kambodzy. Jest polozone na kilku wzgorzach nad Zatoka Tajlandzka, do ktorej dostep gwarantuje siedem plaz, z ktorych najblizej mialem do Serendipity. W calym miescie rzadza tlumy wspomnianych maloletnich „turystow”. Wszedzie sa sklepy celujace wlasnie w te grupe, sa nawet punkty nagrywania muzyki na iPoda, a w kazdym menu na pierwszej stronie znajduje sie lista drinkow. Obsluga odnosi sie do przyjezdnych per „mate”, w restauracjach serwuje sie vegemite i marmite, sniadaniowe smarowidla popularne w Australii i Wielkiej Brytanii. Jednym slowem, dba sie o to, zeby przyjezdny nie czul tego, ze wyjechal z domu – cos co kompletnie neguje idee podrozowania. Bylem swiadom tego, ze decydujac sie czym predzej opuscic Sihanoukville trace mozliwosc odnalezienia ciekawych i prawdziwych miejsc w tym skazanym na turystyzm miescie, ale mialem juz naprawde dosc backpackersow i calej otoczki, ktora za nimi podaza. Dodatkowo, to tutaj obnaza sie wydatnie jeden z ogromnych problemow Kambodzy, prostytucja, szczegolnie dziecieca. Fa rang, zazwyczaj wiekowi, pod 50-tke i wiecej, chodzacy za reke z malymi dziewczynkami, ubranymi na zdecydowanie zachodnia modle czyli prawie nieubranymi. W kazdym hotelu wisza zakazy sprowadzania maloletnich osob do pokoju, rozklejane sa plakaty majace edukowac. Tego paskudnego uczucia i poczucia bezsilnosci jakie ma sie widzac bialego mezczyzne wychodzacego z pokoju hotelowego, trzymajacego za rece dwoch khmerskich chlopcow, nie chcialbym wiecej doswiadczac. Sihanoukville okazalo sie byc rynsztokiem Kambodzy, pod wieloma roznymi wzgledami. Sciezka z kropli krwi na ziemi pod drzwiami budki z bankomatem zdawaly sie potwierdzac to calkiem wyraziscie.

Niestety

Uciec, uciec jak najszybciej, gdzies gdzie nikt nie rozumie tego co mowie, gdzie ludzie patrza z ciekawoscia, a nie chciwoscia, gdzie nie slychac spiewow pijanych brytoli. Chcialem jednak sprobowac wod Zatoki Tajlandzkiej, wiec zaplanowalem wyprawe na plaze, na 6:30 rano ostatniego dnia w Kompong Som. Za dnia plaza byla jednym wielkim klebowiskiem wczesniej wymienionych smutnych zjawisk. Serendipity Beach jest mala plaza, jest to pas o szerokosci moze szesciu metrow i dlugi na mniej wiecej kilometr, moze mniej. W dzien zastawiony lezakami, zalany smazaca sie tluszcza, wczesnym rankiem jednak miejsce calkiem urokliwe. Slonce wlasnie wschodzilo gdy wskoczylem do wody, plaza byla pusta, nie liczac pojedynczych osob zbierajacych zostawione przez fa rang puszki i butelki. Woda byla ciepla, fale delikatne, cisza, spokoj, fa rang odsypiaja wlasnie zabawy poprzedniego wieczoru. Stojac po szyje w wodzie bylem w stanie policzyc palce u swoich stop. Spedzilem w tej blogiej samotnosci godzine, zanim na plazy pojawily sie pierwsze zombie poszukujace pewnie klina na zasluzonego kaca. Kilka godzin pozniej wracalem juz do Phnom Penh, jako jedyny fa rang w calym autobusie, piekna rzecz.