Odcinek XXI
// Marzec 7th, 2010 // 2 Comments » // Azja 2009/2010
Dzień 53
18 lutego 2010
Vientiane, Laos
17° 58′ N, 102° 36′ E
Ciezko sie zabrac za cokolwiek konstruktywnego jak napisanie kilku zdan czy lekture glupiej ksiazki. Nawet lezenie bez ruchu w pelnym neglizu jest meczace, dzis w Vientiane 39 stopni. Chowam sie przed upalem w klimatyzowanych kafejkach internetowych, a koszulke i tak moge wyzymac kilka razy dziennie. W momencie gdy pisze te slowa, dzien przed wjazdem do Tajlandii, mam juz dosc spore zaleglosci w relacjach, ale pocieszam sie tym, ze powstaja one tylko dla mnie (choc kilka osob bedzie byc moze rozczarowanych gdy zarzuce ten proceder), jako swego rodzaju notatki, ktorych byc moze nigdy wiecej nie przeczytam, a przeciez wszystko poza nieprzydatnymi szczegolami i tak mam we wlasnej glowie. Moze jeszcze nadrobie te zaleglosci, ale w tym momencie jest mi wszystko jedno.
Dzien przed (pierwszym) wyjazdem ze stolicy, 17 lutego, postanowilem wybrac sie w miejsce potocznie nazywane Parkiem Buddy lub Xieng Khuan. Oddalone jest od Vientiane o okolo 25 kilometrow i mozna tam dotrzec na rozne sposoby. Niektorzy wybieraja tuk-tuka – opcje, ktora zbadalem z ciekawosci, mimo ze spodziewalem sie zaporowych cen – faktycznie za wycieczke do Xieng Khuan kierowca zadal 150000 kipow czyli prawie 20 dolarow. Udalo mi sie zbic cene jedynie do 100000 kipow. Opcja najprostsza, najtansza i najbardziej wierna idealom podrozowania w stylu „zrob to sam” to lokalny autobus o numerze 14 odjezdzajacy co okolo pol godziny z dworca autobusowego Talat Sao. Bilet kosztuje jedynie 5000 kipow (1,70 PLN), a podroz trwa niecala godzine. Autobus zatrzymuje sie na dluzsza chwile przy przejsciu granicznym i wjezdzie na Most Przyjazni, laczacym tajski brzeg Mekongu z jego laotanskim odpowiednikiem.
W zwiazku z tym, ze srednio mam ochote dodatkowo prazyc swoje zwoje mozgowe na tworzeniu lirycznych opisow przyrody wrzucam kilka zdjec. Aha, bilet wstepu do parku to 5000 kipow + 3000 kipow jesli ma sie ochote robic zdjecia. Oczywiscie nikt nie biega za nosicielami aparatow sprawdzajac bilety, ale raczej do skapcow nie naleze i nie bede sie zastanawial nad niecala zlotowka, wiec wreczylem panu na kasie cale 8000 kipow. Park zostal zbudowany pod koniec lat 50-tych ubieglego wieku przez szalonego szamana i podobno po drugiej stronie granicy, w Nong Khai (skad biezy moj dylizans do Bangkoku) jest blizniaczo podobny park, stworzony przez te sama osobe. No to teraz obrazki.
Na zdjeciu powyzej lokalny laotanski autobus relacji Vientiane – Vang Vieng przygotowywany do wyjazdu. Nastepnego dnia po wizycie w Xieng Khuan wyruszylem na jego pokladzie na polnoc. I szczesliwie bylem jedynym fa rang na pokladzie, jesli nie liczyc poznanego w trasie Malezyjczyka, Yonga, z ktorym krzyzowalismy sciezki czesto w Vang Vieng i okolicach. Wybierajac lokalny transport omija sie watahy backpackersow, ktorzy zazwyczaj wybieraja opcje transportowe z biur podrozy, doswiadcza sie rzeczywistosci danego miejsca, poznaje sie lokalna ludnosc i jeszcze na koniec placi sie mniej. Ja za bilet do Vang Vieng zaplacilem 30000 kipow (10 PLN), opcje prywatne zaczynaja sie od 50000 i nie zdziwilbym sie gdyby niektorzy „podroznicy” placili nawet i 100000 kipow za te trzy i pol godziny jazdy. Autobus byl pustawy, choc tyl byl zaladowany roznymi pakunkami. Jechalo sie wygodnie, a Laotanczycy usmiechali sie do mnie jako jednej z glownych atrakcji naszej podrozy. Okolo poludnia przemierzalem juz dawny pas startowy wykorzystywany w latach 60-tych i 70-tych przez CIA i Air America nazywany pieszczotliwie Lima Site 6, kierujac swoje kroki w strone glownych zabudowan Vang Vieng. Ale o tym pozniej.


















