Posts Tagged ‘da lat’

Odcinek XIII – Wietnam: podsumowanie

// Styczeń 31st, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 35
31 stycznia 2010
Phnom Penh, Kambodza
11° 33′ N, 104° 55′ E


Kilka dni temu opuscilem Wietnam i nasuwaja sie rozne refleksje na temat tego kraju. Pragmatycznie bedzie podzielic je na kilka dziedzin i troche przewodnikowo lub faktograficznie sprobowac je skwantyfikowac. Oceny punktowe sa calkowicie subiektywne i w zaden sposob nie oddaja istoty sprawy, ale paradoksalnie latwiej jest w ten sposob porownac niezliczone i nieporownywalne osobno doswiadczenia z wielu krajow. Jesli mialbym pozniej wybierac z tej listy miejsca, do ktorych chcialbym zawitac ponownie to moge posluzyc sie swoim chlodnym, statystycznym wrecz osadem. Oceniam w skali dziesieciopunktowej, 10/10 jest tozsame z miejscem, gdzie moglbym spedzic reszte zycia, nie mam pojecia czy takie w ogole istnieje.

Krajobrazy: 8/10

Zdecydowanie jeden z glownych powodow, dla ktorych powinno sie przekraczac granice wietnamska. Znalezc mozna wszystko, od pieknych plaz, pasm gorskich, przez wawozy i zamglone doliny po piekne jeziora i rwace rzeki. Gdybym musial wybrac swoich faworytow jesli chodzi o wrazenia wizualne to w pierwszej kolejnosci polecam trekking w gorach Hoang Lien Son w okolicach Sa Pa lub w dolinach tamze. Zamglone stoki gorskie, przyjazna ludnosc, niesamowite panoramy szczytow i nieziemskie wschody slonca. Drugie miejsce zajmuje wjazd na Centralne Wyzyny, w drodze z Nha Trang do Da Lat, najlepiej na motocyklu i z lornetka. Widok na rozlegle niziny ponizej moze zatrzymac czlowieka tam na wiele godzin, a i same Centralne Wyzyny pelne sa niesamowitych miejsc, dodatkowo jest to rzadziej uczeszczana przez turystow trasa. Kazdy znajdzie cos dla siebie.

Ludzie: 5/10

Niestety, lekka reka moglbym przyznac dwa razy tyle punktow, za zwyklych mijanych na ulicy ludzi, osoby spotykane w malych wioskach, dzieci wolajace „hello” i chwytajace nas za reke, pytania i odpowiedzi w przypadkowych rozmowach z losowymi osobami spotykanymi po drodze. W praktyce jednak przez wiekszosc czasu ma sie do czynienia z ludzmi, ktorzy chca na nas tylko zarobic. Jedno z podstawowych zjawisk, ktore przewijaja sie w opisach tego kraju to nachalna, natretna i czesto bezwzgledna i bezczelna chciwosc i chec naciagniecia przyjezdnego. Juz jakis czas temu rozwazalem kwestie tego, ze wszyscy ludzie w jakis sposob daza do poprawienia swojego bytu i nie ma w tym nic zlego – w Wietnamie jednak pieniadz z niewinnego srodka zapewniajacego byt stal sie samodzielna religia. Jesli jedziecie do Wietnamu to przygotujcie sie na to, ze beda podawane wam ceny nawet szesciokrotnie wyzsze od rynkowych. Jesli bedzie oferowany wam przewodnik Lonely Planet to nie dziwcie sie, gdy sklada sie ze 100 powtarzajacych sie stron, nawet nie ulozonych w kolejnosci i kosztuje 17 dolarow, oczywiscie ksero. Sa miejsca mniej strawione przez te zadze pieniadza, im dalej od glownego szlaku sie oddalimy tym latwiej je znalezc. W kazdym innym miejscu lepiej przybic dziecko do podlogi, bo zabiora je w zastaw. W wiekszych miastach i bardziej atrakcyjnych punktach nalezy sie spodziewac, ze bedzie sie zaczepianym o kupno czy wynajem czegos srednio raz na kilka minut, a czasami nawet raz na kilkanascie sekund.

Trzeba tez przyznac, ze wiekszosc Wietnamczykow do najbardziej uprzejmych nie nalezy. Nie chodzi tu o jakies typowe grzecznosci typu „prosze” i „dziekuje”, jeszcze przed wjazdem do kraju nie spodziewalem sie ich w ogole, w tej kwestii roznice kulturowe calkowicie rozumiem. Chodzi raczej o sposob w jaki odnosza sie do siebie nawzajem i do przyjezdnych, to cos co przekracza granice kulturowe, to swoisty brak szacunku do drugiej osoby (chyba, ze jest duzo zamozniejsza). Moze to ta gestosc zaludnienia, moze zawisc – przepasc miedzy klasa uboga i klasa srednia jest tu ogromna. A mozliwe tez, ze na moja percepcje wplynely w jakis sposob inne czynniki, moze ciagle zaczepki, klaksony, naciaganie, tlok prawie wszedzie i zawsze, chaos. Sa wyjatki od reguly, ciche i ustronne miejsca, ale ogolem Wietnam krajem dla introwertyka raczej nie jest. Wiem, ze na pewno nie jestem obiektywny, ale nie staram sie byc, jest to po prostu niemozliwe.

Transport: 8/10

Owszem, wspominalem wertepy i niewygodne autokary, ale te kwestie naleza bardziej do dzialu „komfort”, tutaj przyznac trzeba, ze jesli chodzi o podrozowanie po Wietnamie opcji jest bez liku. Kazdy hotel zorganizuje autobus, motocykl czy rower, na kazdym rogu czekaja xe om i riksze. Wynajecie wlasnego transportu nie nalezy wprawdzie do tanich, w porownaniu do innych krajow regionu, ale jesli sie nan zdecydujemy to latwo jest go zorganizowac. Opcja „open tour” pozwala na przejechanie calego kraju w miesiac, za calkiem nieduze pieniadze, ok. 40 dolarow. Wynajecie dwoch kolek to dolar do dwoch za dzien, jesli kolka sa w zestawie z silnikiem trzeba sie jednak liczyc z wydatkiem rzedu 7-20 dolarow za dobe plus paliwo. Wynajem samochodu za to w tym kraju graniczy ze skrajnym idiotyzmem i nie chodzi o koszt (to swoja droga), ale o komfort i latwosc podrozowania. To nie jest kraj dla samochodow i jeszcze jakis czas takim nie bedzie.

Jedzenie: 7/10

Jest tanie i pyszne. Latwo jednak zauwazyc podzial na kulinarne smaczki polnocy i poludnia kraju. Na polnocy jedzenie jest troche mniej zroznicowane, najczesciej je sie pho, o kazdej porze dnia. Wieksza role odgrywaja warzywa, owoce sa mniej powszechne i gorszej jakosci niz na poludniu. Sprawdzonym, zdrowym i tanim daniem jest com ga czyli ryz z kurczakiem, mozna sie nim objesc i wydac 45-60 tysiecy dongow (6-9 PLN). Nie biegalem po drogich restauracjach, nie jadlem wezy, nie pilem krwi kobry, nie zakaszalem wiewiorka czy nietoperzem, wszystko to mozna w Wietnamie zrobic, za odpowiednio wysoka cene. Na goracym poludniu opijalem sie koktajlami i shake’ami owocowymi, zimne, przepyszne i nigdy nie kosztuja wiecej niz 15000 dongow (2,30 PLN). Owoce poludnia sa pierwszej jakosci i mnogosc gatunkow zacheca do probowania wszystkiego. W miare obfity i smaczny posilek plus napoje nie powinien kosztowac wiecej niz 70000 dongow (11 PLN), ale wystarczy wybrac sie do ciut lepszej restauracji i mozna zaplacic kilkaset tysiecy.

Noclegi: 8/10

Wietnam ma powierzchnie porownywalna z Polska, ale ma na niej upchniete setki tysiecy, jesli nie miliony, miejsc noclegowych. Najmniej placi sie zazwyczaj w miejscowosciach, gdzie tych miejsc jest najwiecej, prosta zasada konkurencji, popyt i podaz. Na poczatku, jeszcze malo zorientowany w realiach, placilem za calkiem niezly pokoj 16 dolarow za noc, sek w tym, ze niewiele gorszy pokoj kosztuje 14, byly tez takie za 12 i za 10 dolarow. I wielkiej przepasci miedzy najdrozszym i najtanszym nie bylo, przynajmniej w Ha Noi. Najmniej zaplacilem w Nha Trang, tylko 6 dolarow za noc, 10 w Hoi An, 8 w Da Lat, 12 w Sajgonie. Srednio nalezy przygotowac okolo 10 dolarow na kazda noc. Stosunek jakosci do ceny oslodzi wszelkie wydatki. Trzeba przyznac, ze za 10 dolarow (30 PLN) mozna dostac w Wietnamie pokoj trzy-, cztero-gwiazdkowy, za ktory w Polsce trzeba placic osiem do dziesieciu razy tyle. Notabene, pokoj, nie obsluge. W Wietnamie w standardzie dla jednej osoby jest duze podwojne lozko (albo nawet dwa), prysznic (zazwyczaj bez kabiny, z lekka pochylona w strone odplywu podloga), moskitiery (gdzie ma to sens), mini-bar i telewizor z okolo 60 kanalami (przynajmniej 10 angielskojezycznych, w tym HBO). Aha, w cene niektorych kwaterunkow wliczone jest takze sniadanie. Te srednie 10 dolarow za noc to opcja wygodna, jestem pewien, ze mozna przejechac Wietnam placac nie wiecej niz 5-6 dolarow za noc, wystarczy tylko chciec.

Komfort: 6/10

Nie lubie miec za wygodnie, wygoda nie rozwija i nie kojarzy mi sie z przygoda, ale… Jesli chodzi o komfort nocowania, jak wspomnialem przed chwila, nie ma na co specjalnie narzekac. Jesli chodzi o komfort podrozowania bywa juz roznie. Kuszetki w pociagach oceniam pozytywnie, one nie obnizaja calosciowej oceny. Obnizaja ja wietnamskie drogi, ulice i tlok. Na drogach spedza sie dobre kilkadziesiat godzin w ciagu kilku tygodni, jesli ktos lubi sobie pospac w podrozy to niech wstrzyma sie z tym na czas jazdy po wietnamskich arteriach. Wertepy sa wszedzie. Nawet gdy jedziemy rownym asfaltem i wydaje nam sie, ze to bedzie wygodna przeprawa to w kazdej chwili jakosc nawierzchni moze zmienic sie diametralnie i zapewniam, zmieni sie. Wietnamskie klaksony zasluguja na oddzielna epopeje, kierowcy uzywaja ich czasem juz tylko z przyzwyczajenia, nawet kiedy nie ma ku temu najmniejszego powodu. Kazde wyprzedzanie to seria dzwiekow, przed, w trakcie i po. Kazdy zakret to dzwiek ostrzegawczy, sygnalizuje sie nim tez prosby o ustapienie drogi. Reasumujac, jesli ktos ma lekki sen to niech kupi sobie jeszcze przed wyjazdem wiadro zatyczek do uszu. Ja na szczescie szybko nauczylem sie spac po wietnamsku, nawet na srodku najruchliwszego skrzyzowania. Dla mnie najmniej komfortowy w Wietnamie byl powszechny tlok (i przy okazji swiadomosc jego totalnej irracjonalnosci). Nie lubie gdy jest wokol mnie duzo osob, wiec ta kwestia byla dosc dokuczliwa. Nie lubie przebijac sie przez zatloczone ulice i zastawione chodniki, latwo sie tego nauczyc, szybko wchodzi to w krew i ma to swoj pewien urok, ale tylko przez pierwszy tydzien – pozniej zwykle przechodzenie przez ulice czy nawet spacer ulica staja sie po prostu irytujace.

Pogoda: 8/10

Spedzilem trzy lata w Irlandii, wystarczajaco dlugi czas, zeby reszte zycia zwiazac z cieplym klimatem. Owszem, przeskok z zimowej Polski do upalnego Sajgonu moze byc odrobine szokujacy, ale klimat w Wietnamie nie jest skrajna udreka. Jest jednak kilka niuansow – na polnocy Wietnamu w srodku europejskiej zimy jest dosc chlodno, szczegolnie w gorach. W Sa Pa odnotowalem jednego dnia tylko 6 stopni powyzej zera. Srednia temperatura w rejonie Ha Noi wynosi od 15 do 20 stopni i jest raczej pochmurnie. W tym samym czasie na poludnie od Hoi An temperatura rzadko spada ponizej 25 stopni, a zazwyczaj przekracza 30. Za to gdy w czasie europejskich letnich miesiacow w rejonie stolicy Wietnamu robi sie ladnie, cieplo i bezchmurnie to na poludniu rzadzi juz pora deszczowa, temperatury jednak nie zmieniaja sie znaczaco. Jesli ma sie w zasiegu reki wentylator, klimatyzacje lub zimne napoje czy rower to upaly sa calkowicie niegrozne.

Latwosc: 2/10

No dobrze, ta ocena moze sugerowac, ze podrozowanie po Wietnamie to nielatwa sprawa. Wrecz przeciwnie, Wietnam, jak na moj gust, jest za latwy. Nie przeskoczylem na druga strone planety po to zeby miec latwo. Zazwyczaj najlepsze wspomnienia z podrozy mam z sytuacji stresogennych, gdy gdzies sie zgubilem, gdy w hotelu zaginela moja rezerwacja, gdy zaczelo sie sciemniac, a ja nie mialem transportu. Musiala byc po prostu odpowiednia dawka stresu. Jesli ktos chce pojsc w slady pierwszych odkrywcow, przezyc dreszczyk emocji, poczuc buzujaca adrenaline to niech wybierze inne miejsce (chyba, ze uznamy roznego rodzaju sporty ekstremalne i trekkingi za pelnowartosciowe zrodla przygody, czego ja nie robie). W Wietnamie transport, noclegi, bezpieczenstwo i komunikacja po prostu nie daja szans na przezycie calkowicie nieprzewidywalnego i pelnego napiecia dnia. Wiec nie dziwie sie juz calym rodzinom z malymi dziecmi, ktore przyjezdzaja tutaj na wakacje. Bo nie liczac kilku naprawde odizolowanych miejsc, Wietnam to kraj na wakacje, nie na pelna niewiadomych wyprawe.

Ocena ogólna: 6.5/10

Jeszcze przed wyjazdem postrzegalem Wietnam jako kraj bardzo turystyczny oraz zatloczony i juz wtedy planowalem jak najszybsze przeskoczenie do Kambodzy. Chcialem oczywiscie poznac ten kraj lepiej, zobaczyc jak najwiecej i byc moze nawet zmienic zdanie. Na pewno jest to fascynujace i ciekawe miejsce, przede wszystkim inne, ma bogata historie, kulture i niesamowite krajobrazy. Na pewno jest to miejsce stworzone dla niektorych ludzi, jednak, co wiedzialem zawsze, nie jest to miejsce dla mnie. A ludzie, ktorzy mnie dobrze znaja, wiedza zapewne dlaczego.

Budzet: 20-25 USD/dzien

Jest to opcja umiarkowanie ekonomiczna (jedzenie, transport, noclegi, bilety wstepu). Dla chcacego przezycie dnia za 15 dolarow nie jest zapewne niemozliwe. Mozna tez skorzystac z opcji za 200 dolarow na dobe, ale to juz nie moja bajka i mam nadzieje, ze nigdy moja nie bedzie.

Odcinek XI

// Styczeń 30th, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 34
30 stycznia 2010
Phnom Penh, Kambodza
11° 33′ N, 104° 55′ E


Do Nha Trang przybylem oczywiscie z opoznieniem. Chwile przed wjazdem do miasta zatrzymalismy sie na stacji benzynowej by wyladowac jakies paczki i zatankowac. Z nieba laly sie strumienie wody, tak jak tylko moga lac sie w klimacie okolo-tropikalnym. Obawialem sie troche jak bedzie wygladac moje szukanie hotelu w tej ulewie, ale kilka minut przed przekroczeniem granic Nha Trang deszcz ustal. Autokar i tak odstawil mnie pod jeden z hoteli ze swojej listy (Yellow River Hotel), ktory po pobieznej inspekcji oferowanego pokoju stal sie moja baza na kolejne dni za jedyne 6 dolarow za noc (18 PLN). Przywitalem sie z lokalnym gekonem i wyszedlem rozejrzec sie po okolicy. Tuz za rogiem trafilem na punkt jednej z niewielu sieci czegokolwiek w Wietnamie, Pho 24, gdzie posililem sie pho z kurczakiem. Ze swojego stolika widzialem juz kwiat wiezy Thap Tram Huong, a zaraz za nim morze – moze piec minut od drzwi mojego hotelu.

Thap Tram Huong

Po krotkiej przechadzce po plazy udalem sie w strone pagody Long Son, wzdluz jednej z glownych ulic w miescie. Po drodze mialem czas zauwazyc roznice, moze niewielkie, ale jednak dosc zauwazalne miedzy polnoca i poludniem Wietnamu. Poludnie chyba czesciej widuje blade twarze, ludzie nie gapia sie na mnie az tak gorliwie jak na polnocy. Widac tez lepsza organizacje, czesciej mozna spotkac sklepiki, w ktorych sa wywieszone ceny produktow, a raz widzialem nawet i odwiedzilem spory supermarket, w stylu calkiem europejskim. Miasto mozna podzielic w sumie na dwie czesci, typowo wietnamska, z zatloczonymi ulicami, zastawionymi chodnikami i nieustajaca aria klaksonow oraz nadmorska, duzo spokojniejsza, jesli nie liczyc nadgorliwych sprzedawcow. Nad morzem jest po prostu porzadek i przestrzen, nie ma sie wrazenia ulegania ciaglym atakom ze strony otaczajacego nas miasta. Samo morze mialo tego pierwszego dnia barwe zolto-brazowa, podobno przez ostatnie dwa dni mocno padalo, woda byla dosc zamulona, ale nastepnego dnia bylo juz duzo lepiej.

Morze poludniowo-chinskie

Dotarlem w koncu do pagody Long Son, swiatyni buddyjskiej w polnocno-zachodniej czesci miasta. Zbudowana jest ona na zboczu wzgorza, na ktorego szczycie przesiaduje wielka, 21-metrowa postac Buddy. Ze wzgorza roztacza sie tez piekny widok na dachy Nha Trang i okoliczne gory, juz za miastem. W samej swiatyni i na kolejnych poziomach w czasie wspinaczki natrafia sie na sprzedawcow, prawdziwa plage Wietnamu, w kazdym jego zakatku. Ale przynajmniej mialem z glowy bieganie za pocztowkami w niedalekiej przyszlosci. Wokol Wielkiego Buddy ustawione sa rzedy scian z malymi nagrobkami, po kilkadziesiat w kazdej ze scian. Ciezko powiedziec co kryje sie za ceramicznymi tabliczkami zdobionymi zdjeciami i personaliami zmarlych. Co ciekawe i rzuca sie szybko w oczy, szczegolnie przybyszowi z Polski, to swastyki, ktore zdobia kazdy zakatek tego miejsca i kazda tabliczke nagrobna. Nie wiem na ile powszechnie znany jest to fakt, ze swastyka jest czesto wystepujacym symbolem, w kilku religiach, w tym w buddyzmie, a swoje poczatki ma na subkontynencie indyjskim.

Long Son Lying Buddha

Upal dawal sie we znaki, ten przeskok przez siedemnasty rownoleznik to byla calkowita zmiana strefy klimatycznej. Wrocilem nad morze, w cieniu palm nie robic nic. Po pewnym czasie nic-nie-robienie w temperaturze ponad 30 stopni staje sie jednak meczace. Zlapalem wiec xe om i ustalilem kwote 70000 dongow (10 PLN) za jazde do Instytutu Oceanograficznego w Nha Trang i z powrotem, dosc dluga przejazdzka na tylnym siedzeniu malej Hondy troche mnie w koncu orzezwila. Po dotarciu na miejsce kierowca xe om usiadl na malym krzeselku i zaczal konwersacje z ochroniarzem, ja w tym czasie nabylem bilet i wszedlem do srodka. Instytut to kilka budynkow oraz male oceanarium, gdzie mozna przyjrzec sie z bliska roznym plywajacym stworzeniom, bilet nie jest drogi, o ile pamietam kosztowal 15000 dongow (2,35 PLN). Mozna obejrzec mureny, plaszczki, rozne gatunki rekinow, mnostwo egzotycznych ryb i calkiem spore zolwie. Najwieksze wrazenie zrobila na mnie jednak sala, w ktorej na kilkunastu regalach ustawione sa sloje z setkami okazow roznych organizmow oraz ogromny zakonserwowany lew morski. Tam, miedzy tymi wszystkimi polkami mozna spedzic pewnie nawet kilka godzin, ale nie chcialem tego robic mojemu kierowcy.

Instytut Oceanograficzny w Nha Trang

Ostatniego dnia zaznalem jeszcze kapieli w morzu, jesli tak mozna nazwac ciagla walke z kilkumetrowymi falami. Woda byla slona i ciepla, a srednio co trzecia fala zakrywala mnie bez wiekszego problemu i potrafila troche mna porzucac. Moze jest to najpopularniejsza plaza w calym Wietnamie, ale morze w tym miejscu do najczystszych nie nalezy, na szczescie nie chodzi o plywajace torebki foliowe czy butelki (choc te tez sie zdarzaja, jak wszedzie gdzie sa ludzie czyli, hmm, wszedzie), ale glownie o liscie, galezie, momentami nawet calkiem spore. Ale i tak moge polecic to miejsce i zmierzanie sie z falami, ktore meczace jest nad wyraz, ale chwile po wyjsciu z wody chce sie do niej wracac. Nastepnego dnia rano bylem juz w drodze do Da Lat, na centralne wyzyny Wietnamu. Zostawilem za soba Nha Trang, tamtejsze koktajle owocowe, slone morze, fale i… ladowarke do telefonu, ktora patrzyla za mna zapewne do ostatniej chwili, az zamknalem za soba drzwi pokoju w hotelu Zolta Rzeka. Nie pozostaje mi nic innego niz rozejrzec sie za nowa po przybyciu do Sajgonu, w Da Lat moze byc o nia ciezko. Droga do Da Lat byla meczarnia – autokar wprawdzie nie nalezal do tych wyspecjalizowanych w torturach, w jednym z ktorych mialem nieprzyjemnosc podrozowac do Hoi An, ale drogi na centralnych wyzynach to wystarczajaca tortura. Dziury, uskoki i tony kurzu wzbijane w powietrze przez sznur pojazdow przed nami, jak my czolgajacych sie po tej nawierzchni. Nic dziwnego, ze przebycie stu kilometrow zajmuje w Wietnamie dwie do trzech godzin (w szczegolnych przypadkach nawet wiecej). Pewnym pocieszeniem byly widoki jakie rozposcieraly sie wokol, nabieralismy wysokosci na ciasnych wijacych sie po zboczach drogach (w uszach czuc bylo zmiany cisnienia), zostawiajac w dole niziny, ktore ciagnely sie, dzieki nieograniczonej widocznosci, tak daleko jak tylko mogl siegnac wzrok. Gdy wysiadlem z autokaru i w koncu poczulem pod stopami nieruchomy grunt w Da Lat powoli zachodzilo juz slonce. Da Lat znajduje sie na rozleglym plaskowyzu Langbiang, na wysokosci okolo 1500 metrow powyzej poziomu morza, miejscowosc sama dodatkowo odznacza sie pewnymi roznicami wysokosci i zawsze w zasiegu wzroku jest jakies wzgorze. Hotel wysiadkowy, ktorego nazwy nie pamietam (a w sumie, jak sie pozniej okaze, powinienem) byl calkiem niezly, a nawet bardzo dobry jak na 8 dolarow za dobe. Spora sypialnia, spora lazienka, nowe meble, ten sam zestaw, chyba standardowy w Azji, kilkudziesieciu kanalow telewizyjnych i mini-bar. Kupilem sobie tylko na straganie klasyczna bagietke z czyms, zawinieta w kartke wyrwana z wietnamskiego podrecznika od chemii i niedlugo pozniej, juz w hotelowym lozku nastapil szybki i zasluzony reset.

Xuan Huong Lake

W samym Da Lat nie ma typowych turystycznych atrakcji, choc jest to podobno ulubione miejsce wietnamskich nowozencow – najciekawsze miejsca sa wedlug mnie poza miastem. Jednak w jego granicach jest kilka miejsc, gdzie mozna sie zatrzymac na dluzej, na przyklad jezioro Xuan Huong we wschodniej czesci miasta. Obszedlem je wokol i bylem swiadkiem niezwyklego zjawiska, broczac po kolana w wodzie dziesiatki, jesli nie setki (a nastepnego dnia, gdy obnizyl sie poziom wody, tysiace) ludzi korzystalo z dobrodziejstw skrywanych przez jezioro. Lowi sie tam ryby, na wedke, ale i za pomoca wielkich sieci, zbiera sie malze, ale takze puszki, butelki, wszystko co ma jakas wartosc, nawet cegly i wieksze kamienie. A temu wszystkiemu przygladaja sie tlumy gapiow na brzegu, ktore dopelniaja ten surrealistyczny obraz. Ich parkowane przy krawezniku skutery regularnie sa powodem ogromnych korkow. Turystow (nie liczac tych krajowych) nie ma wielu, co powoduje, ze miejsce to jest jeszcze w pewnym stopniu nieskazone naganiaczami, nachalnymi sprzedawcami, a podawane ceny sa prawdopodobnie takie same dla obcych jak i dla miejscowych. Chocby z tego jednego powodu, niezepsucia turystyka, warto odwiedzic to miejsce. Wciaz mozna doswiadczyc tego zanikajacego powoli klimatu wietnamskich ulic, sypiacych sie budynkow, braku urbanistycznego planowania, kiedys to wszystko zaniknie.

Da Lat

Nastepnego dnia wybralem sie na zwiedzanie miasta (a tak naprawde glownie jego okolic), w skromnej piecio-osobowej grupie, z przewodnikiem. Zazwyczaj nie lubie organizowanych wypadow, ale jak wspomnialem, wiele z tego co ten region ma do zaoferowania znajduje sie kawalek za miastem, a przy koszcie 11 dolarow za dziesiec godzin zwiedzania nie kalkuluje sie wynajmowanie wlasnego transportu. Pierwszym miejscem wartym uwagi jest palac cesarza Bao Dai. Zbudowany w stylu art deco w 1933 roku zostal zachowany do dzis dokladnie tak jak wygladal w 1955 roku, kiedy cesarz zostal ostatecznie odsuniety od wladzy. Palac lezy wsrod ogrodow i zalesionych wzgorz, zdobionych kiczowatymi domkami, zwierzetami z tworzywa i straganami. W srodku prezentuje sie zdecydowanie ciekawiej, wlasnie ze wzgledu na odczuwany przeskok w czasie o pol wieku w tyl. Standard zycia w tych scianach musial drastycznie odbiegac i zapewne wciaz skrajnie odbiega od warunkow zycia przecietnego Wietnamczyka, ktory nierzadko wciaz spi z cala wielopokoleniowa rodzina w jednym nieduzym pokoju.

Po krotkiej jezdzie trafiamy do klasztoru Truc Lam, potocznie nazywanego klasztorem Zen. Zostal zbudowany w calosci dzieki datkom viet kinh, czyli Wietnamczykow mieszkajacych za granica i zamieszkuje go 100 mnichow i 60 mniszek. Kazda z tych osob spedza na medytacji minimum szesc godzin dziennie. Klasztor znajduje sie na wzgorzu, ktore goruje z kolei nad pobliskim jeziorem Tuyen Lam. Jest to ciche i spokojne miejsce, gdzie bez problemu mozna zasnac na lawce, no mozna by bylo gdyby bylo odrobine chlodniej. Klasztor jest jednak tlumnie odwiedzany, glownie przez Wietnamczykow, zarowno tych z kraju jak i z zagranicy, uznawany jest za najpiekniejszy w calym kraju. Mnostwo cichych, slonecznych i zacienionych alejek, zapach kadzidel, sporadyczne bicie w gongi i obserwowanie modlacych sie, skladajacych ofiary, chyba najlepsze miejsce do zrozumienia Wietnamu to wlasnie swiatynia czy klasztor.

Truc Lam

Po krotkim pobycie w klasztorze udajemy sie do wodospadu Datanla, ktory w sam sobie bylby pewnie duzo bardziej czarujacy gdyby nie tlumy turystow wokol. Z parkingu przy glownym wejsciu do parku mozna zejsc do wodospadu jedna ze sciezek lub wybrac opcje odrobine bardziej przygodowa i zjechac w malych, recznie sterowanych sankach po szynie wiodacej przez otaczajacy nas las. Ta kolejka gorska zabiera nas prosto pod wodospad, a jesli wybierze sie podroz w obie strony (35000 dongow/5,50 PLN) to wracamy do punktu wyjscia tym samym srodkiem transportu, tym razem wciagani na znajomych sankach po szynie na sama gore. Nie jest to tania rozrywka (jak na wietnamskie ceny), ale przez chwile nawet sie zastanawialem czy nie przejechac sie raz jeszcze.


Sam las jest piekny, roznorodna roslinnosc i chmary wrecz ptakow i motyli, unoszaca sie w poblizu wodospadu chlodna mgielka z kropel wody ulatwia troche zycie w temperaturze ponad 30 stopni i prawie 100% wilgotnosci powietrza. Turysci bywaja meczacy, z tym ich pstrykaniem zdjec z fleszem w srodku dnia, zastawianiem sciezek, mostow i przepraw gdy pozuja do zdjec – gdyby nie popularnosc tego miejsca byloby ono idealnym miejscem do odrobiny odpoczynku i relaksu.

Linh Phuoc

Nastepny przystanek zrobil chyba na mnie najwieksze wrazenie – pagoda Linh Phuoc. Zbudowana z kawalkow szkla, porcelany i rozbitych waz, zdobiona niezliczonymi smokami. Z piekna zlota postacia Buddy i suto zastawionym oltarzem. Zaraz obok tej swiatyni stoi wysoka wieza Da Bao, zdobiona w tym samym stylu, prawie do granic kiczu, jednak chyba nie przekraczajac ich. Kazde pietro tej wiezy, ktore zdobywa sie wspinajac po kretych schodkach, jest dedykowane okreslonemu bozkowi lub boginii, a im wyzej sie wchodzi tym piekniejszy widok roztacza sie z jej balkonow.

Widok z wiezy Da Bao

W drugiej czesci wycieczki odwiedzilismy jeszcze dworzec w Da Lat, podobno pierwszy w Wietnamie. Tam po raz kolejny podano mi na tacy jeden z powodow, dla ktorych Amerykanie nie sa zbyt lubiani przez reszte swiata – spotkalem w tej czesci swiata ludzi z wielu krajow, roznych kultur, ale Amerykanie sa zwyczajnie bezkonkurencyjni w swoim braku taktu, ignorancji i nierzadko zwyklej bezczelnosci (cechach, ktore, poza ignorancja, zazwyczaj doceniam). Mimo usilnych prob personelu stacji nie udalo im sie zapobiec jankeskiemu wlazeniu na wszystko na co mozna tylko wejsc, niewazne czy jest to zwykla lawka czy zabytkowa lokomotywa. Nie chce szerzyc niesprawiedliwych stereotypow, sa przeciez liczne wyjatki, ale nadzwyczaj czesto spotykam sie z najzwyklejszym brakiem szacunku do czegokolwiek i kogokolwiek ze strony Amerykanow. Amerykanie, Niemcy i Brytyjczycy, z doganiajacymi ich Francuzami przoduja w robieniu, sobie przede wszystkim, wstydu – to daje sie zauwazyc takze w Europie. Ale odszedlem odrobine od tematu… Pod koniec dnia odwiedzilismy jeszcze kiczowata do granic mozliwosci Doline Milosci, ktora wprawdzie polozona jest w malowniczym miejscu, ale zapchana jest taka iloscia serduszek, kwiatkow, amorkow i innych dupereli, ze oczy pekaja. I lzawia, bo jeszcze w czasie naszego pobytu zaczeto tam wypalac trawe, strzal w dziesiatke. Jeszcze tylko kolejny spory posag Buddy siedzacego na wzgorzu i moge juz pakowac sie w hotelu na droge do Sajgonu dnia nastepnego.

Droga do Sajgonu

Po nerwowych przejsciach z wyrzuconym przez hotelowa sprzataczke biletem na autobus do Sajgonu i zrezygnowanym zaplaceniem za nowy bilet (Da Lat – Saigon, 110000 dongow/16 PLN) bylem w koncu w drodze do TP HCM. Tak w skrocie oznaczane jest to miasto na wizytowkach i szyldach, politycznie poprawna nazwa to Ho Chi Minh Ville (lub City), ale malo kto jej uzywa – chyba juz tylko wychowani na przewodnikach turysci. Droga z Da Lat przypominala te do Da Lat, w koncu jesli wjechalo sie na gore to trzeba z niej zjechac. Widoki znow robily co mogly by oslodzic wertepy moim czterem literom, znowu jechalismy skrajem przepasci otoczeni gorskimi szczytami. I po raz kolejny udalo sie nam uzyskac niezly wynik jesli chodzi o opoznienie – dwie godziny, godzina, osiem godzin, nie pamietam, kogo to obchodzi, mnie juz w ogole – jestem w Sajgonie.