Posts Tagged ‘hanoi’

Odcinek XIII – Wietnam: podsumowanie

// Styczeń 31st, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 35
31 stycznia 2010
Phnom Penh, Kambodza
11° 33′ N, 104° 55′ E


Kilka dni temu opuscilem Wietnam i nasuwaja sie rozne refleksje na temat tego kraju. Pragmatycznie bedzie podzielic je na kilka dziedzin i troche przewodnikowo lub faktograficznie sprobowac je skwantyfikowac. Oceny punktowe sa calkowicie subiektywne i w zaden sposob nie oddaja istoty sprawy, ale paradoksalnie latwiej jest w ten sposob porownac niezliczone i nieporownywalne osobno doswiadczenia z wielu krajow. Jesli mialbym pozniej wybierac z tej listy miejsca, do ktorych chcialbym zawitac ponownie to moge posluzyc sie swoim chlodnym, statystycznym wrecz osadem. Oceniam w skali dziesieciopunktowej, 10/10 jest tozsame z miejscem, gdzie moglbym spedzic reszte zycia, nie mam pojecia czy takie w ogole istnieje.

Krajobrazy: 8/10

Zdecydowanie jeden z glownych powodow, dla ktorych powinno sie przekraczac granice wietnamska. Znalezc mozna wszystko, od pieknych plaz, pasm gorskich, przez wawozy i zamglone doliny po piekne jeziora i rwace rzeki. Gdybym musial wybrac swoich faworytow jesli chodzi o wrazenia wizualne to w pierwszej kolejnosci polecam trekking w gorach Hoang Lien Son w okolicach Sa Pa lub w dolinach tamze. Zamglone stoki gorskie, przyjazna ludnosc, niesamowite panoramy szczytow i nieziemskie wschody slonca. Drugie miejsce zajmuje wjazd na Centralne Wyzyny, w drodze z Nha Trang do Da Lat, najlepiej na motocyklu i z lornetka. Widok na rozlegle niziny ponizej moze zatrzymac czlowieka tam na wiele godzin, a i same Centralne Wyzyny pelne sa niesamowitych miejsc, dodatkowo jest to rzadziej uczeszczana przez turystow trasa. Kazdy znajdzie cos dla siebie.

Ludzie: 5/10

Niestety, lekka reka moglbym przyznac dwa razy tyle punktow, za zwyklych mijanych na ulicy ludzi, osoby spotykane w malych wioskach, dzieci wolajace „hello” i chwytajace nas za reke, pytania i odpowiedzi w przypadkowych rozmowach z losowymi osobami spotykanymi po drodze. W praktyce jednak przez wiekszosc czasu ma sie do czynienia z ludzmi, ktorzy chca na nas tylko zarobic. Jedno z podstawowych zjawisk, ktore przewijaja sie w opisach tego kraju to nachalna, natretna i czesto bezwzgledna i bezczelna chciwosc i chec naciagniecia przyjezdnego. Juz jakis czas temu rozwazalem kwestie tego, ze wszyscy ludzie w jakis sposob daza do poprawienia swojego bytu i nie ma w tym nic zlego – w Wietnamie jednak pieniadz z niewinnego srodka zapewniajacego byt stal sie samodzielna religia. Jesli jedziecie do Wietnamu to przygotujcie sie na to, ze beda podawane wam ceny nawet szesciokrotnie wyzsze od rynkowych. Jesli bedzie oferowany wam przewodnik Lonely Planet to nie dziwcie sie, gdy sklada sie ze 100 powtarzajacych sie stron, nawet nie ulozonych w kolejnosci i kosztuje 17 dolarow, oczywiscie ksero. Sa miejsca mniej strawione przez te zadze pieniadza, im dalej od glownego szlaku sie oddalimy tym latwiej je znalezc. W kazdym innym miejscu lepiej przybic dziecko do podlogi, bo zabiora je w zastaw. W wiekszych miastach i bardziej atrakcyjnych punktach nalezy sie spodziewac, ze bedzie sie zaczepianym o kupno czy wynajem czegos srednio raz na kilka minut, a czasami nawet raz na kilkanascie sekund.

Trzeba tez przyznac, ze wiekszosc Wietnamczykow do najbardziej uprzejmych nie nalezy. Nie chodzi tu o jakies typowe grzecznosci typu „prosze” i „dziekuje”, jeszcze przed wjazdem do kraju nie spodziewalem sie ich w ogole, w tej kwestii roznice kulturowe calkowicie rozumiem. Chodzi raczej o sposob w jaki odnosza sie do siebie nawzajem i do przyjezdnych, to cos co przekracza granice kulturowe, to swoisty brak szacunku do drugiej osoby (chyba, ze jest duzo zamozniejsza). Moze to ta gestosc zaludnienia, moze zawisc – przepasc miedzy klasa uboga i klasa srednia jest tu ogromna. A mozliwe tez, ze na moja percepcje wplynely w jakis sposob inne czynniki, moze ciagle zaczepki, klaksony, naciaganie, tlok prawie wszedzie i zawsze, chaos. Sa wyjatki od reguly, ciche i ustronne miejsca, ale ogolem Wietnam krajem dla introwertyka raczej nie jest. Wiem, ze na pewno nie jestem obiektywny, ale nie staram sie byc, jest to po prostu niemozliwe.

Transport: 8/10

Owszem, wspominalem wertepy i niewygodne autokary, ale te kwestie naleza bardziej do dzialu „komfort”, tutaj przyznac trzeba, ze jesli chodzi o podrozowanie po Wietnamie opcji jest bez liku. Kazdy hotel zorganizuje autobus, motocykl czy rower, na kazdym rogu czekaja xe om i riksze. Wynajecie wlasnego transportu nie nalezy wprawdzie do tanich, w porownaniu do innych krajow regionu, ale jesli sie nan zdecydujemy to latwo jest go zorganizowac. Opcja „open tour” pozwala na przejechanie calego kraju w miesiac, za calkiem nieduze pieniadze, ok. 40 dolarow. Wynajecie dwoch kolek to dolar do dwoch za dzien, jesli kolka sa w zestawie z silnikiem trzeba sie jednak liczyc z wydatkiem rzedu 7-20 dolarow za dobe plus paliwo. Wynajem samochodu za to w tym kraju graniczy ze skrajnym idiotyzmem i nie chodzi o koszt (to swoja droga), ale o komfort i latwosc podrozowania. To nie jest kraj dla samochodow i jeszcze jakis czas takim nie bedzie.

Jedzenie: 7/10

Jest tanie i pyszne. Latwo jednak zauwazyc podzial na kulinarne smaczki polnocy i poludnia kraju. Na polnocy jedzenie jest troche mniej zroznicowane, najczesciej je sie pho, o kazdej porze dnia. Wieksza role odgrywaja warzywa, owoce sa mniej powszechne i gorszej jakosci niz na poludniu. Sprawdzonym, zdrowym i tanim daniem jest com ga czyli ryz z kurczakiem, mozna sie nim objesc i wydac 45-60 tysiecy dongow (6-9 PLN). Nie biegalem po drogich restauracjach, nie jadlem wezy, nie pilem krwi kobry, nie zakaszalem wiewiorka czy nietoperzem, wszystko to mozna w Wietnamie zrobic, za odpowiednio wysoka cene. Na goracym poludniu opijalem sie koktajlami i shake’ami owocowymi, zimne, przepyszne i nigdy nie kosztuja wiecej niz 15000 dongow (2,30 PLN). Owoce poludnia sa pierwszej jakosci i mnogosc gatunkow zacheca do probowania wszystkiego. W miare obfity i smaczny posilek plus napoje nie powinien kosztowac wiecej niz 70000 dongow (11 PLN), ale wystarczy wybrac sie do ciut lepszej restauracji i mozna zaplacic kilkaset tysiecy.

Noclegi: 8/10

Wietnam ma powierzchnie porownywalna z Polska, ale ma na niej upchniete setki tysiecy, jesli nie miliony, miejsc noclegowych. Najmniej placi sie zazwyczaj w miejscowosciach, gdzie tych miejsc jest najwiecej, prosta zasada konkurencji, popyt i podaz. Na poczatku, jeszcze malo zorientowany w realiach, placilem za calkiem niezly pokoj 16 dolarow za noc, sek w tym, ze niewiele gorszy pokoj kosztuje 14, byly tez takie za 12 i za 10 dolarow. I wielkiej przepasci miedzy najdrozszym i najtanszym nie bylo, przynajmniej w Ha Noi. Najmniej zaplacilem w Nha Trang, tylko 6 dolarow za noc, 10 w Hoi An, 8 w Da Lat, 12 w Sajgonie. Srednio nalezy przygotowac okolo 10 dolarow na kazda noc. Stosunek jakosci do ceny oslodzi wszelkie wydatki. Trzeba przyznac, ze za 10 dolarow (30 PLN) mozna dostac w Wietnamie pokoj trzy-, cztero-gwiazdkowy, za ktory w Polsce trzeba placic osiem do dziesieciu razy tyle. Notabene, pokoj, nie obsluge. W Wietnamie w standardzie dla jednej osoby jest duze podwojne lozko (albo nawet dwa), prysznic (zazwyczaj bez kabiny, z lekka pochylona w strone odplywu podloga), moskitiery (gdzie ma to sens), mini-bar i telewizor z okolo 60 kanalami (przynajmniej 10 angielskojezycznych, w tym HBO). Aha, w cene niektorych kwaterunkow wliczone jest takze sniadanie. Te srednie 10 dolarow za noc to opcja wygodna, jestem pewien, ze mozna przejechac Wietnam placac nie wiecej niz 5-6 dolarow za noc, wystarczy tylko chciec.

Komfort: 6/10

Nie lubie miec za wygodnie, wygoda nie rozwija i nie kojarzy mi sie z przygoda, ale… Jesli chodzi o komfort nocowania, jak wspomnialem przed chwila, nie ma na co specjalnie narzekac. Jesli chodzi o komfort podrozowania bywa juz roznie. Kuszetki w pociagach oceniam pozytywnie, one nie obnizaja calosciowej oceny. Obnizaja ja wietnamskie drogi, ulice i tlok. Na drogach spedza sie dobre kilkadziesiat godzin w ciagu kilku tygodni, jesli ktos lubi sobie pospac w podrozy to niech wstrzyma sie z tym na czas jazdy po wietnamskich arteriach. Wertepy sa wszedzie. Nawet gdy jedziemy rownym asfaltem i wydaje nam sie, ze to bedzie wygodna przeprawa to w kazdej chwili jakosc nawierzchni moze zmienic sie diametralnie i zapewniam, zmieni sie. Wietnamskie klaksony zasluguja na oddzielna epopeje, kierowcy uzywaja ich czasem juz tylko z przyzwyczajenia, nawet kiedy nie ma ku temu najmniejszego powodu. Kazde wyprzedzanie to seria dzwiekow, przed, w trakcie i po. Kazdy zakret to dzwiek ostrzegawczy, sygnalizuje sie nim tez prosby o ustapienie drogi. Reasumujac, jesli ktos ma lekki sen to niech kupi sobie jeszcze przed wyjazdem wiadro zatyczek do uszu. Ja na szczescie szybko nauczylem sie spac po wietnamsku, nawet na srodku najruchliwszego skrzyzowania. Dla mnie najmniej komfortowy w Wietnamie byl powszechny tlok (i przy okazji swiadomosc jego totalnej irracjonalnosci). Nie lubie gdy jest wokol mnie duzo osob, wiec ta kwestia byla dosc dokuczliwa. Nie lubie przebijac sie przez zatloczone ulice i zastawione chodniki, latwo sie tego nauczyc, szybko wchodzi to w krew i ma to swoj pewien urok, ale tylko przez pierwszy tydzien – pozniej zwykle przechodzenie przez ulice czy nawet spacer ulica staja sie po prostu irytujace.

Pogoda: 8/10

Spedzilem trzy lata w Irlandii, wystarczajaco dlugi czas, zeby reszte zycia zwiazac z cieplym klimatem. Owszem, przeskok z zimowej Polski do upalnego Sajgonu moze byc odrobine szokujacy, ale klimat w Wietnamie nie jest skrajna udreka. Jest jednak kilka niuansow – na polnocy Wietnamu w srodku europejskiej zimy jest dosc chlodno, szczegolnie w gorach. W Sa Pa odnotowalem jednego dnia tylko 6 stopni powyzej zera. Srednia temperatura w rejonie Ha Noi wynosi od 15 do 20 stopni i jest raczej pochmurnie. W tym samym czasie na poludnie od Hoi An temperatura rzadko spada ponizej 25 stopni, a zazwyczaj przekracza 30. Za to gdy w czasie europejskich letnich miesiacow w rejonie stolicy Wietnamu robi sie ladnie, cieplo i bezchmurnie to na poludniu rzadzi juz pora deszczowa, temperatury jednak nie zmieniaja sie znaczaco. Jesli ma sie w zasiegu reki wentylator, klimatyzacje lub zimne napoje czy rower to upaly sa calkowicie niegrozne.

Latwosc: 2/10

No dobrze, ta ocena moze sugerowac, ze podrozowanie po Wietnamie to nielatwa sprawa. Wrecz przeciwnie, Wietnam, jak na moj gust, jest za latwy. Nie przeskoczylem na druga strone planety po to zeby miec latwo. Zazwyczaj najlepsze wspomnienia z podrozy mam z sytuacji stresogennych, gdy gdzies sie zgubilem, gdy w hotelu zaginela moja rezerwacja, gdy zaczelo sie sciemniac, a ja nie mialem transportu. Musiala byc po prostu odpowiednia dawka stresu. Jesli ktos chce pojsc w slady pierwszych odkrywcow, przezyc dreszczyk emocji, poczuc buzujaca adrenaline to niech wybierze inne miejsce (chyba, ze uznamy roznego rodzaju sporty ekstremalne i trekkingi za pelnowartosciowe zrodla przygody, czego ja nie robie). W Wietnamie transport, noclegi, bezpieczenstwo i komunikacja po prostu nie daja szans na przezycie calkowicie nieprzewidywalnego i pelnego napiecia dnia. Wiec nie dziwie sie juz calym rodzinom z malymi dziecmi, ktore przyjezdzaja tutaj na wakacje. Bo nie liczac kilku naprawde odizolowanych miejsc, Wietnam to kraj na wakacje, nie na pelna niewiadomych wyprawe.

Ocena ogólna: 6.5/10

Jeszcze przed wyjazdem postrzegalem Wietnam jako kraj bardzo turystyczny oraz zatloczony i juz wtedy planowalem jak najszybsze przeskoczenie do Kambodzy. Chcialem oczywiscie poznac ten kraj lepiej, zobaczyc jak najwiecej i byc moze nawet zmienic zdanie. Na pewno jest to fascynujace i ciekawe miejsce, przede wszystkim inne, ma bogata historie, kulture i niesamowite krajobrazy. Na pewno jest to miejsce stworzone dla niektorych ludzi, jednak, co wiedzialem zawsze, nie jest to miejsce dla mnie. A ludzie, ktorzy mnie dobrze znaja, wiedza zapewne dlaczego.

Budzet: 20-25 USD/dzien

Jest to opcja umiarkowanie ekonomiczna (jedzenie, transport, noclegi, bilety wstepu). Dla chcacego przezycie dnia za 15 dolarow nie jest zapewne niemozliwe. Mozna tez skorzystac z opcji za 200 dolarow na dobe, ale to juz nie moja bajka i mam nadzieje, ze nigdy moja nie bedzie.

Odcinek VII

// Styczeń 10th, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 14
10 stycznia 2010
Sa Pa, Vietnam
22°21′ N 103°52′ E


Wypoczywam juz w Sa Pa, ale na poczatek nalezy sie jeszcze krotka relacja z Hanoi. Z lotniska do miasta jest kawaleczek, bo okolo 30 kilometrow, poczatkowo chcialem dostac sie tam sposobem jak najbardziej ekonomicznym, ale jaki to bedzie sposob nie mialem pojecia. Byc moze kursuje jakis autobus miejski, moze sa prywatne busy, jednak o wszystkim zadecydowal impuls i zauwazona katem oka nazwa korporacji taksowkowej polecanej w przewodniku LP. Na lotnisku licznik wskazywal okolo 70 tysiecy dongow, co juz wydawalo mi sie kwota zawyzona, w czasie jazdy kwota rosla bardzo powoli, spodziewalem sie wiec, ze tak rozowo nie bedzie i juz w pamieci dodawalem jedno zero do tej kwoty. Nie jest to zapewne opcja najbardziej ekonomiczna, bo koniec koncow przeklada sie na okolo 35 dolarow, z czego udalo mi sie zejsc do 30 USD. Prywatny bus zapewne nie kosztowalby wiecej niz 100-150 tysiecy dongow czyli 7-8 dolarow, ale mialbym jeszcze na glowie kwestie dostania sie z centrum Hanoi do mojego hotelu. Sama podroz z lotniska powoduje lekki wzrost poziomu adrenaliny, przyznaje, ze do momentu znalezienia sie w hotelu serce bilo mi troche szybciej, szczegolnie gdy z okna samochodu obserwowalem krajobraz przypominajacy bardziej Faludze noca niz stolice Wietnamu. Drogi slabo oswietlone, unoszacy sie wokol pyl, a w nim pojazdy kazdej masci, pedzace przed siebie, glownie slalomem, w kanonadzie klaksonow. Pierwsza obserwacja z Wietnamu to brak jakichkolwiek pisanych zasad ruchu drogowego, funkcjonuje prawo dzungli i klakson uruchamiany srednio co trzy, cztery sekundy. Zastanawialem sie przy okazji czy jestem wieziony pod wlasciwy adres czy moze gdzies pod miasto gdzie zespol pomocnych Wietnamczykow pozbawi mnie calego balastu materialnego. Myslenie to okazalo sie jednak byc bledne, a w ciagu nastepnych dni okazalo sie, ze Hanoi to dla rozwaznej osoby miasto bardzo bezpieczne, nawet w najmniej uczeszczanych miejscach, ktore byc moze w Polsce uchodzilyby za szemrane. Hotel Blue Sky Hanoi powital mnie mila obsluga, ktora wskazala mi ogromny pokoj, z klimatyzacja i duza lazienka (z wanna), na pierwszym pietrze, za dosc, na pierwszy rzut oka, wygorowane 16 dolarow za noc. W tej cenie mam jednak sniadanie, na ktore wydalbym pewnie okolo trzech dolarow. Na moim obnizonym w zwiazku z wydatkami okololotniskowymi budzecie, obnizonym z 32 do 28 dolarow na dzien moge jednak calkiem spokojnie z takimi cenami funkcjonowac. Po calym dniu na lotniskach, spedzonym w trzech roznych krajach, nie bawie sie w odkrywanie okolic i uderzam w kimono kilkanascie minut po przybyciu.

Nastepnego dnia, po sniadaniu w postaci Pho (rosolu z wolowina), ba, zjedzonego paleczkami, herbaty i polowy arbuza wychodze przed hotel i znajduje sie nagle w samym srodku gwarnego Starego Miasta (Old Quarters), na chodnikach rozlozone sa stragany, panowie cos spawaja, ulica ida starsze Wietnamki, niosac wiadra i kosze pelne jedzenia, to wszystko dopelnione oczywiscie chmarami skuterow i motorowerow przekrzykujacych sie klaksonami.

Old Quarters

Przechodzenie przez ulice w Hanoi czy jakimkolwiek innym wiekszym miescie wymaga odrobiny wprawy, ale wystarcza pol godziny, zeby opanowac podstawowe zasady poruszania sie, a sprowadzaja sie one do tego, ze nalezy wchodzic na jezdnie bez specjalnych ostrzezen, a nastepnie rownym krokiem (bez zwalniania czy przyspieszania) przez nia przejsc. W ten sposob strumien dwusladow oplynie nas jak mala wysepke i po chwili bedziemy po drugiej stronie. Rowny chod gwarantuje bezpieczenstwo, daje po prostu czas kierowcom na wziecie nas pod uwage. Wiekszosc czasu i tak spedza sie na jezdni, chodniki sa albo rozkopane albo cale zastawione skuterami lub straganami, po jakims czasie nawet majac do dyspozycji rzadko wystepujacy gladki i rowny niezastawiony chodnik i tak chodzilem jezdnia. Poruszanie sie pojazdem po Hanoi musi byc jednak bardzo kosztownym przedsiewzieciem, mysle, ze hamulce trzeba wymieniac srednio raz na dwa dni, a klakson co kilka godzin.

Samo odkrywanie Old Quarters jest przygoda sama w sobie, ale mozna sie z niego wydostac by zobaczyc jezioro Hoan Kiem, znajdujace sie prawie w srodku centrum Hanoi. Na nim znajduje sie swiatynia Ngoc Son (wstep – 10000 VND), oblegana przez turystow, choc niczym specjalnym sie nie odznacza – mozna wejsc, zobaczyc, majatku sie nie straci (10000 VND to okolo 1,6 PLN). Tam bylem swiadkiem ciekawej scenki, jedna z kobiet opiekujacych sie swiatynia palila w specjalnym kominku pliki dolarow, ktore rozlozone miala rowno na talerzyku.

Ngoc Son Temple

Turystow z Zachodu duzo, co ciekawe zaobserwowana srednia wieku wsrod nich wynosi 50-60 lat, a nierzadko widzialem cale rodziny, rodzice we wspomnianym wieku z nastoletnimi dziecmi, choc trafilo sie kilka mlodych malzenstw z dziecmi w wozku. W moim hotelu spotkalem tez dwie grupki Polakow, obie z Wietnamu udaja sie jednak juz tylko do Laosu (co mnie zdziwilo, bo zwykle wybierana jest chyba Kambodza jako numer dwa).

W Hanoi przydaje sie jedno wyrazenie, wszystkie inne wydaja sie byc zbedne, chodzi o „Khong, cam on” czyli „nie, dziekuje”. Mysle, ze w ciagu dnia mozna to wyrazenie powtorzyc kilkaset razy, na okazje kierowcow xe om czyli motorowerow, oferujacych jazde, przez panie ze straganow do sprzedawcow przewodnikow i map. Te trzy slowa jak dotad przydaja sie na kazdym kroku w kazdym miejscu w Wietnamie, pod koniec dnia nachalnosc sprzedawcow robi sie juz troche irytujaca, u mnie doszlo nawet do tego, ze kupujac cos czy dziekujac za posilek automatycznie dolaczam „nie” na poczatku zdania, z przyzwyczajenia.

Niedaleko jeziora Hoan Kiem mozna jeszcze rzucic okiem na pomnik cesarza Ly Thai To, udajac sie dalej w tym kierunku trafi sie tez na gmach opery. W Hanoi spedzalem tylko cztery doby, w tym czasie mozna zobaczyc jeszcze mauzoleum i muzeum Ho Chi Minha, ktory zostal wbrew swoim zyczeniom zmitologizowany i jest wszedzie, od plakatow po banknoty (wszystkie). Na pobliski plac Quang Truong Ba Dinh wybieraja sie na spacer i jogging mieszkancy Hanoi.

Ho Chi Minh Mausoleum

Przy ulicy zadedykowanej zwyciestwu nad Francuzami pod Dien Bien Phu znajduje sie Muzeum Armii, ktore jest tak naprawde muzum ich historii, od czasow sredniowiecznych po wspolczesne, przy czym najciekawsze sa chyba ekspozycje dotyczace konfliktu z USA (przynajmniej dla mnie, starego fascynata tego tematu) i wczesniejszego konfliktu z Francuzami. Jest duzo sprzetu, amerykanskie i wietnamskie mysliwce, amerykanski smiglowiec UH-1H, czolgi, dziala, duzo broni z tamtego okresu. Ciekawe sa tez szczatki amerykanskich samolotow zestrzelonych nad Wietnamem, zamienione w pokazna rzezbe. Jesli chodzi o rzetelnosc informacji to nalezy patrzec na nie z przymruzonym okiem, o ile mi wiadomo Amerykanie nie stracili w wyniku zestrzelenia setek bombowcow B-52, o ile mi wiadomo w ten sposob nie stracili zadnego ;-) Bilet wstepu, o ile pamietam, kosztuje 20000 dongow czyli jakies 3 PLN.

Army Museum

Na terenie muzeum znajduje sie tez wieza sygnalowa, z ktorej szczytu mozna przyjrzec sie dachom Hanoi. A w pobliskim parku wsrod dzieci grajacych w pilke i calych rodzin rozgrywajacych mecze badmintona stoi sobie pomnik towarzysza Lenina. Zeby odpoczac od wszechobecnego zgielku mozna pojsc na krotki spacer nad Czerwona Rzeke, trzeba tylko przekroczyc ulice Tran Quang Khai, ktora byla dla mnie pierwszym powaznym wyzwaniem, liczy sobie tak na oko 6 pasm plus dwie rownolegle uliczki, pokonanie jej okazalo sie jednak dziecinnie latwe, a moze to juz po prostu szybko nabyta wprawa w manewrowaniu miedzy pojazdami. Rzeka na czerwona nie wyglada, jest raptem kilkaset metrow od wspomnianej ruchliwej arterii, a panuje tam prawie zupelna, szokujaca wrecz cisza.

Red River

Daleko jest swiatyniom wietnamskim do ich laotanskich czy kambodzanskich odpowiednikow, ale oprocz zwyklych, mieszczanskich swiatyn spotykanych na niektorych ulicach mozna zajrzec jeszcze do konfucjanskiej Temple of Literature (wstep – 10000 dong), zbudowanej w 1070 roku, ktora pozniej sluzyla jako uniwersytet dla elit Hanoi. Mozna przyjrzec sie z bliska Konfucjuszowi i jego czterem najblizszym uczonym i odprezyc sie w cieniu drzew, w pewnej odleglosci od miejskiego chaosu.

Na koniec warto odwiedzic dawne wiezienie Hoa Lo, znane amerykanskiej gawiedzi lepiej jako Hanoi Hilton, nazywane przez Francuzow Maison Centrale. Zbudowane przez nich w czasach kolonialnych przez lata bylo centrum udreki, tortur i egzekucji wietnamskich bojownikow o wolnosc kilku powstan i rewolucji. Dopiero pozniej, pierwszy raz bodajze w 1964 roku zaczelo sluzyc jako miejsce internowania amerykanskich pilotow i zolnierzy schwytanych w polnocnym Wietnamie, takze dzis senatora Johna McCaina, niedawnego kandydata na prezydenta USA, niegdys pilota samolotu A-4E Skyhawk zestrzelonego nad Hanoi w pazdzierniku 1967 roku.

Powoli szykowalem sie juz do wyprawy do gorskiej osady Sa Pa, na polnocnym zachodzie kraju. Z pomoca hotelu zarezerwowalem sobie bilety kolejowe w wagonie sypialnym, ktorym de facto jezdza tylko obcokrajowcy, do Lao Cai przy granicy chinskiej na noc 7 stycznia i powrotny do Hanoi na 12 stycznia. Bilet w jedna strone to wydatek 300 tysiecy dongow czyli okolo 16 dolarow. Przed wyjazdem z Hanoi zaplanowalem sobie takze dwa dni po powrocie z Sa Pa, za niecale 50 dolarow wykupilem w biurze podrozy wycieczke do zatoki Halong, gdzie spedze okolo poltora dnia, z czego noc na pokladzie lodzi plywajacej miedzy setkami wysepek, z ktorych znane jest to miejsce. Za kolejne 44 dolary mozna nabyc tzw. bilet open bus, dzieki ktoremu przez miesiac mozna jezdzic po Wietnamie klimatyzowanym autobusem, wsiadajac i wysiadajac gdzie sie tylko nam spodoba. Juz niedlugo jade na poludnie, z prawdopodobnymi przystankami w Ninh Binh, Hue, Hoi An, Nha Trang, Dalat i Ho Chi Minh City. A stamtad na koniec miesiaca przez Chau Doc, lodzia przedostane sie do Phnom Penh w Kambodzy. Ale najpierw czas wsiasc do pociagu udajacego sie do Lao Cai, zlapac tam transport do Sa Pa i rozpoczac piec dni lazenia po gorach. A przedzial w pociagu do Lao Cai (pociag SP3) wyglada tak:

Hanoi - Lao Cai SP3 Train

Odcinek VI

// Styczeń 6th, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 6
2 stycznia 2010
Macau
22°10′ N, 113°33′ E


Macau (moze i powinno sie pisac Makau, ale juz sie przyzwyczailem) przywitalo mnie pochmurna, a raczej smogowo mglista, ale ciepla pogoda. Przed przyjazdem o tej bylej kolonii portugalskiej wiedzialem tylko tyle, ze byla kolonia i obecnie znana jest glownie z luksusowych kasyn. Portugalskie wplywy sa wciaz wyczuwalne, wszystkie znaki sa zarowno w jezyku kantonskim jak i portugalskim, a mozna tez spotkac indywidualne symbole przynaleznosci do Portugalii, w postaci flag czy naklejek na samochodach. Wysiadlem z promu kilka minut przed dziewiata, bylo moze dosc wczesnie, ale i tak zaskoczyly mnie pustki panujace w miescie. Moze to kontrast w stosunku do permanentnie zatloczonego Hong Kongu, ale wydawalo sie jakby zarzadzono jakis czas wczesniej ogolna ewakuacje calego Macau. Po kilkunastu minutach na ladzie zorientowalem sie, ze Macau jest duzo, duzo mniejsze od Hong Kongu i postanowilem do swojego hostelu dostac sie pieszo, poslugujac sie kiepskiej jakosci zdjeciami map, zrobionymi komorka. Nie potrwalo to dlugo, wydaje sie, ze cale miasto mozna obejsc wokol w jeden dzien (w kazdym razie polwysep), ja mialem kilkanascie godzin, wiec ograniczylem sie do najbardziej rzucajacych sie w oczy punktow.

Po krotkich poszukiwaniach odnalazlem swoj hostel, prowadzony przez niejakiego Richarda, znajdujacy sie w jednej z kamienic w samym centrum miasta. Po wdrapaniu sie po dosc stromych schodach na trzecie pietro zastalem podwojne drzwi i mieszkanie trzypokojowe, ktore stanowilo caly hostel. Pierwsze wrazenie nie bylo najlepsze, lobby, jesli mozna tak je nazwac, bylo zagracone, na dwoch pryczach spali ludzie, dwa pokoje, po trzy pietrowe lozka w kazdym, byly pelne, moj pokoj, z jednym pietrowym lozkiem stal jednak pusty. Za nocleg placilem karta kredytowa w dolarach Hong Kongu, ktore maja prawie dokladnie taka sama wartosc jak lokalna waluta, Pataka (MOP). W hostelu spotkalem Manfreda, Austriaka, tak na oko 40-letniego, ktory podzielil sie ze mna wizytowkami roznych wartych uwagi miejsc w Phnom Penh, Vientiane, Nha Trang i Bangkoku, latwiej bedzie znalezc dzieki temu tani nocleg, piekarnie czy restauracje w miejscach, do ktorych dotre w pozniejszym czasie. Dobrze bylo chwile porozmawiac w znajomym jezyku (angielskim), tego dnia mialem przypadek bolesnej tesknoty i malego zwatpienia w sens calej wyprawy, krotka rozmowa dwoch wagabondow przywrocila mi jednak kierunek i przypomniala czemu jestem gdzie jestem.

Macau

Macau bylo wciaz opustoszone gdy wybralem sie na spacer. Zachodnich turystow bylo bardzo niewielu, czulo sie duzo wiekszy wplyw kontynentalnych Chin, ktore byly tak naprawde juz tylko o przyslowiowy rzut beretem. Calkiem ladna panorame centrum Macau mozna podziwiac znad jeziora w poludniowej czesci polwyspu, tam ulice nalezaly tak naprawde do mnie, nie bylo nikogo. Z daleka widac juz bylo wieze Macau Tower, ktora najwyrazniej znana jest tylko z tego, ze to najwyzsze komercyjne miejsce skokow bungee na swiecie. Z okolic wiezy mozna zaobserwowac mosty prowadzace na wyspe Taipa, wieksza czesc Macau, na ktora mozna pewnie poswiecic drugi dzien w tym miejscu. Wyrozniajacym sie budynkiem jest kasyno Grand Lisboa, w ksztalcie kwiatu, ktore wyglada tak samo imponujaco z daleka jak i z bliska. Mozna kluczyc po niezliczonych waskich uliczkach, zaszyc sie gdzies na Starym Miescie, nie mialem jednak zbyt wiele czasu, Macau to jednak tym razem tylko stacja przesiadkowa. Nastepnego ranka z miejscowego lotniska lece do Hanoi, z przesiadka w Singapurze. Bylo jeszcze jasno gdy wrocilem do hostelu i zapadlem w dlugi, rekordowy chyba jak dotad w czasie tej wyprawy, sen. Nastepnego ranka, o siodmej mialem juz stac na przystanku w oczekiwaniu na autobus linii 21A, ktory mial mnie zawiezc na lotnisko.

Autobus zlapalem bez problemu, za przejazd zaplacilem jedynie 6,40 MOP (2,5 PLN), ale dosc szybko zaczely sie schody. Przedostalem sie wprawdzie na Taipa, ale po opuszczeniu autobusu na koncowym przystanku nigdzie nie bylo widac chocby sladu lotniska. Wczesny ranek, odludna okolica, no i jest problem, bo wizja przegapienia samolotu nagle wydala sie calkiem realna. Porozumienie sie w jezyku angielskim na dodatek jest prawie niemozliwe albo bardzo trudne. Ktos zapisal mi na wizytowce numer autobusu, wsiadlem w inny, bo nie mialem czasu do stracenia, nie mialem wystarczajaco duzo drobnych na przejazd, ale kierowca przymknal oko, podwiozl mnie kawalek i wysadzil w Coloane, gdzie mialem lapac nastepny autobus. W jeszcze zamknietej restauracji udalo mi sie rozmienic banknot na monety i gdy po kilku minutach zdesperowany chcialem do niej wrocic, zeby poprosic o zamowienie taksowki, przyjechal w koncu autobus, linii 26. Zanim sie w nim rozsiadlem musialem sie upewnic, ze na pewno jedzie na lotnisko, probowalem po angielsku, nawet odrobine po portugalsku (bo odrobina to wszystko co potrafie w tym jezyku), na nic. Zaczalem w koncu udawac samolot, robiac glupie miny i wydajac z siebie dzwieki, jakich moglby mi pozazdroscic niejeden kukuruznik. Niewiele to pomoglo, ale w pewnym momencie kierowca przylaczyl sie do zabawy i zamiast jak ja prezentowac skrzydla samolotu pokazal dlonia startujaca maszyne i wydal z siebie dzwiek, ktorego nigdy nie wzialbym za odglos startujacego odrzutowca. W kazdym razie wiedzialem juz, ze to jednak dobry autobus i kilkanascie minut pozniej bylem na miedzynarodowym lotnisku w Macau.

Tiger Airways @ Macau International

Tutaj bylem juz otoczony przez samych Chinczykow, ktorzy czuja sie tu zdecydowanie bardziej u siebie niz w Hong Kongu. W Macau bez zadnych skrupulow pluja wszedzie naokolo, a przed terminalem odlotow zdarzyl mi sie jeszcze przypadek, gdzie jeden z autochtonow kulturalnie odwrocil sie od grupy, z ktora przebywal i patrzac mi prosto w oczy zaczal wydlubywac cos z nosa z wielkim zacieciem, jak to w opisie Europy z Pulp Fiction, „little differences”, male, ale zabawne roznice. Kilka godzin pozniej bylem juz w Singapurze, gdzie panuje straszny zaduch, tak wielki, ze otwarcie drzwi do terminalu posylalo na wszystkie strony lodowaty w kontrascie podmuch klimatyzowanego powietrza. Przed odlotem zdazylem jeszcze odnotowac fakt smiesznego akcentu i melodii z jaka Singapurczycy mowia po angielsku, momentami ciezko ich zrozumiec, ale brzmia calkiem zabawnie. Singapur to jednak zdecydowanie bardziej nowoczesne miejsce niz Macau, na dodatek czuc bylo juz ten klimat tropikow, ktorego znowu zasmakuje podrozujac na poludnie z Hanoi, w ktorym wyladowalem kilka minut po 20 lokalnego czasu (czternastej czasu polskiego) w samolocie juz w wiekszosci wypelnionym zachodnimi turystami. Good evening, Vietnam.