Posts Tagged ‘hoi an’

Odcinek XIII – Wietnam: podsumowanie

// Styczeń 31st, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 35
31 stycznia 2010
Phnom Penh, Kambodza
11° 33′ N, 104° 55′ E


Kilka dni temu opuscilem Wietnam i nasuwaja sie rozne refleksje na temat tego kraju. Pragmatycznie bedzie podzielic je na kilka dziedzin i troche przewodnikowo lub faktograficznie sprobowac je skwantyfikowac. Oceny punktowe sa calkowicie subiektywne i w zaden sposob nie oddaja istoty sprawy, ale paradoksalnie latwiej jest w ten sposob porownac niezliczone i nieporownywalne osobno doswiadczenia z wielu krajow. Jesli mialbym pozniej wybierac z tej listy miejsca, do ktorych chcialbym zawitac ponownie to moge posluzyc sie swoim chlodnym, statystycznym wrecz osadem. Oceniam w skali dziesieciopunktowej, 10/10 jest tozsame z miejscem, gdzie moglbym spedzic reszte zycia, nie mam pojecia czy takie w ogole istnieje.

Krajobrazy: 8/10

Zdecydowanie jeden z glownych powodow, dla ktorych powinno sie przekraczac granice wietnamska. Znalezc mozna wszystko, od pieknych plaz, pasm gorskich, przez wawozy i zamglone doliny po piekne jeziora i rwace rzeki. Gdybym musial wybrac swoich faworytow jesli chodzi o wrazenia wizualne to w pierwszej kolejnosci polecam trekking w gorach Hoang Lien Son w okolicach Sa Pa lub w dolinach tamze. Zamglone stoki gorskie, przyjazna ludnosc, niesamowite panoramy szczytow i nieziemskie wschody slonca. Drugie miejsce zajmuje wjazd na Centralne Wyzyny, w drodze z Nha Trang do Da Lat, najlepiej na motocyklu i z lornetka. Widok na rozlegle niziny ponizej moze zatrzymac czlowieka tam na wiele godzin, a i same Centralne Wyzyny pelne sa niesamowitych miejsc, dodatkowo jest to rzadziej uczeszczana przez turystow trasa. Kazdy znajdzie cos dla siebie.

Ludzie: 5/10

Niestety, lekka reka moglbym przyznac dwa razy tyle punktow, za zwyklych mijanych na ulicy ludzi, osoby spotykane w malych wioskach, dzieci wolajace „hello” i chwytajace nas za reke, pytania i odpowiedzi w przypadkowych rozmowach z losowymi osobami spotykanymi po drodze. W praktyce jednak przez wiekszosc czasu ma sie do czynienia z ludzmi, ktorzy chca na nas tylko zarobic. Jedno z podstawowych zjawisk, ktore przewijaja sie w opisach tego kraju to nachalna, natretna i czesto bezwzgledna i bezczelna chciwosc i chec naciagniecia przyjezdnego. Juz jakis czas temu rozwazalem kwestie tego, ze wszyscy ludzie w jakis sposob daza do poprawienia swojego bytu i nie ma w tym nic zlego – w Wietnamie jednak pieniadz z niewinnego srodka zapewniajacego byt stal sie samodzielna religia. Jesli jedziecie do Wietnamu to przygotujcie sie na to, ze beda podawane wam ceny nawet szesciokrotnie wyzsze od rynkowych. Jesli bedzie oferowany wam przewodnik Lonely Planet to nie dziwcie sie, gdy sklada sie ze 100 powtarzajacych sie stron, nawet nie ulozonych w kolejnosci i kosztuje 17 dolarow, oczywiscie ksero. Sa miejsca mniej strawione przez te zadze pieniadza, im dalej od glownego szlaku sie oddalimy tym latwiej je znalezc. W kazdym innym miejscu lepiej przybic dziecko do podlogi, bo zabiora je w zastaw. W wiekszych miastach i bardziej atrakcyjnych punktach nalezy sie spodziewac, ze bedzie sie zaczepianym o kupno czy wynajem czegos srednio raz na kilka minut, a czasami nawet raz na kilkanascie sekund.

Trzeba tez przyznac, ze wiekszosc Wietnamczykow do najbardziej uprzejmych nie nalezy. Nie chodzi tu o jakies typowe grzecznosci typu „prosze” i „dziekuje”, jeszcze przed wjazdem do kraju nie spodziewalem sie ich w ogole, w tej kwestii roznice kulturowe calkowicie rozumiem. Chodzi raczej o sposob w jaki odnosza sie do siebie nawzajem i do przyjezdnych, to cos co przekracza granice kulturowe, to swoisty brak szacunku do drugiej osoby (chyba, ze jest duzo zamozniejsza). Moze to ta gestosc zaludnienia, moze zawisc – przepasc miedzy klasa uboga i klasa srednia jest tu ogromna. A mozliwe tez, ze na moja percepcje wplynely w jakis sposob inne czynniki, moze ciagle zaczepki, klaksony, naciaganie, tlok prawie wszedzie i zawsze, chaos. Sa wyjatki od reguly, ciche i ustronne miejsca, ale ogolem Wietnam krajem dla introwertyka raczej nie jest. Wiem, ze na pewno nie jestem obiektywny, ale nie staram sie byc, jest to po prostu niemozliwe.

Transport: 8/10

Owszem, wspominalem wertepy i niewygodne autokary, ale te kwestie naleza bardziej do dzialu „komfort”, tutaj przyznac trzeba, ze jesli chodzi o podrozowanie po Wietnamie opcji jest bez liku. Kazdy hotel zorganizuje autobus, motocykl czy rower, na kazdym rogu czekaja xe om i riksze. Wynajecie wlasnego transportu nie nalezy wprawdzie do tanich, w porownaniu do innych krajow regionu, ale jesli sie nan zdecydujemy to latwo jest go zorganizowac. Opcja „open tour” pozwala na przejechanie calego kraju w miesiac, za calkiem nieduze pieniadze, ok. 40 dolarow. Wynajecie dwoch kolek to dolar do dwoch za dzien, jesli kolka sa w zestawie z silnikiem trzeba sie jednak liczyc z wydatkiem rzedu 7-20 dolarow za dobe plus paliwo. Wynajem samochodu za to w tym kraju graniczy ze skrajnym idiotyzmem i nie chodzi o koszt (to swoja droga), ale o komfort i latwosc podrozowania. To nie jest kraj dla samochodow i jeszcze jakis czas takim nie bedzie.

Jedzenie: 7/10

Jest tanie i pyszne. Latwo jednak zauwazyc podzial na kulinarne smaczki polnocy i poludnia kraju. Na polnocy jedzenie jest troche mniej zroznicowane, najczesciej je sie pho, o kazdej porze dnia. Wieksza role odgrywaja warzywa, owoce sa mniej powszechne i gorszej jakosci niz na poludniu. Sprawdzonym, zdrowym i tanim daniem jest com ga czyli ryz z kurczakiem, mozna sie nim objesc i wydac 45-60 tysiecy dongow (6-9 PLN). Nie biegalem po drogich restauracjach, nie jadlem wezy, nie pilem krwi kobry, nie zakaszalem wiewiorka czy nietoperzem, wszystko to mozna w Wietnamie zrobic, za odpowiednio wysoka cene. Na goracym poludniu opijalem sie koktajlami i shake’ami owocowymi, zimne, przepyszne i nigdy nie kosztuja wiecej niz 15000 dongow (2,30 PLN). Owoce poludnia sa pierwszej jakosci i mnogosc gatunkow zacheca do probowania wszystkiego. W miare obfity i smaczny posilek plus napoje nie powinien kosztowac wiecej niz 70000 dongow (11 PLN), ale wystarczy wybrac sie do ciut lepszej restauracji i mozna zaplacic kilkaset tysiecy.

Noclegi: 8/10

Wietnam ma powierzchnie porownywalna z Polska, ale ma na niej upchniete setki tysiecy, jesli nie miliony, miejsc noclegowych. Najmniej placi sie zazwyczaj w miejscowosciach, gdzie tych miejsc jest najwiecej, prosta zasada konkurencji, popyt i podaz. Na poczatku, jeszcze malo zorientowany w realiach, placilem za calkiem niezly pokoj 16 dolarow za noc, sek w tym, ze niewiele gorszy pokoj kosztuje 14, byly tez takie za 12 i za 10 dolarow. I wielkiej przepasci miedzy najdrozszym i najtanszym nie bylo, przynajmniej w Ha Noi. Najmniej zaplacilem w Nha Trang, tylko 6 dolarow za noc, 10 w Hoi An, 8 w Da Lat, 12 w Sajgonie. Srednio nalezy przygotowac okolo 10 dolarow na kazda noc. Stosunek jakosci do ceny oslodzi wszelkie wydatki. Trzeba przyznac, ze za 10 dolarow (30 PLN) mozna dostac w Wietnamie pokoj trzy-, cztero-gwiazdkowy, za ktory w Polsce trzeba placic osiem do dziesieciu razy tyle. Notabene, pokoj, nie obsluge. W Wietnamie w standardzie dla jednej osoby jest duze podwojne lozko (albo nawet dwa), prysznic (zazwyczaj bez kabiny, z lekka pochylona w strone odplywu podloga), moskitiery (gdzie ma to sens), mini-bar i telewizor z okolo 60 kanalami (przynajmniej 10 angielskojezycznych, w tym HBO). Aha, w cene niektorych kwaterunkow wliczone jest takze sniadanie. Te srednie 10 dolarow za noc to opcja wygodna, jestem pewien, ze mozna przejechac Wietnam placac nie wiecej niz 5-6 dolarow za noc, wystarczy tylko chciec.

Komfort: 6/10

Nie lubie miec za wygodnie, wygoda nie rozwija i nie kojarzy mi sie z przygoda, ale… Jesli chodzi o komfort nocowania, jak wspomnialem przed chwila, nie ma na co specjalnie narzekac. Jesli chodzi o komfort podrozowania bywa juz roznie. Kuszetki w pociagach oceniam pozytywnie, one nie obnizaja calosciowej oceny. Obnizaja ja wietnamskie drogi, ulice i tlok. Na drogach spedza sie dobre kilkadziesiat godzin w ciagu kilku tygodni, jesli ktos lubi sobie pospac w podrozy to niech wstrzyma sie z tym na czas jazdy po wietnamskich arteriach. Wertepy sa wszedzie. Nawet gdy jedziemy rownym asfaltem i wydaje nam sie, ze to bedzie wygodna przeprawa to w kazdej chwili jakosc nawierzchni moze zmienic sie diametralnie i zapewniam, zmieni sie. Wietnamskie klaksony zasluguja na oddzielna epopeje, kierowcy uzywaja ich czasem juz tylko z przyzwyczajenia, nawet kiedy nie ma ku temu najmniejszego powodu. Kazde wyprzedzanie to seria dzwiekow, przed, w trakcie i po. Kazdy zakret to dzwiek ostrzegawczy, sygnalizuje sie nim tez prosby o ustapienie drogi. Reasumujac, jesli ktos ma lekki sen to niech kupi sobie jeszcze przed wyjazdem wiadro zatyczek do uszu. Ja na szczescie szybko nauczylem sie spac po wietnamsku, nawet na srodku najruchliwszego skrzyzowania. Dla mnie najmniej komfortowy w Wietnamie byl powszechny tlok (i przy okazji swiadomosc jego totalnej irracjonalnosci). Nie lubie gdy jest wokol mnie duzo osob, wiec ta kwestia byla dosc dokuczliwa. Nie lubie przebijac sie przez zatloczone ulice i zastawione chodniki, latwo sie tego nauczyc, szybko wchodzi to w krew i ma to swoj pewien urok, ale tylko przez pierwszy tydzien – pozniej zwykle przechodzenie przez ulice czy nawet spacer ulica staja sie po prostu irytujace.

Pogoda: 8/10

Spedzilem trzy lata w Irlandii, wystarczajaco dlugi czas, zeby reszte zycia zwiazac z cieplym klimatem. Owszem, przeskok z zimowej Polski do upalnego Sajgonu moze byc odrobine szokujacy, ale klimat w Wietnamie nie jest skrajna udreka. Jest jednak kilka niuansow – na polnocy Wietnamu w srodku europejskiej zimy jest dosc chlodno, szczegolnie w gorach. W Sa Pa odnotowalem jednego dnia tylko 6 stopni powyzej zera. Srednia temperatura w rejonie Ha Noi wynosi od 15 do 20 stopni i jest raczej pochmurnie. W tym samym czasie na poludnie od Hoi An temperatura rzadko spada ponizej 25 stopni, a zazwyczaj przekracza 30. Za to gdy w czasie europejskich letnich miesiacow w rejonie stolicy Wietnamu robi sie ladnie, cieplo i bezchmurnie to na poludniu rzadzi juz pora deszczowa, temperatury jednak nie zmieniaja sie znaczaco. Jesli ma sie w zasiegu reki wentylator, klimatyzacje lub zimne napoje czy rower to upaly sa calkowicie niegrozne.

Latwosc: 2/10

No dobrze, ta ocena moze sugerowac, ze podrozowanie po Wietnamie to nielatwa sprawa. Wrecz przeciwnie, Wietnam, jak na moj gust, jest za latwy. Nie przeskoczylem na druga strone planety po to zeby miec latwo. Zazwyczaj najlepsze wspomnienia z podrozy mam z sytuacji stresogennych, gdy gdzies sie zgubilem, gdy w hotelu zaginela moja rezerwacja, gdy zaczelo sie sciemniac, a ja nie mialem transportu. Musiala byc po prostu odpowiednia dawka stresu. Jesli ktos chce pojsc w slady pierwszych odkrywcow, przezyc dreszczyk emocji, poczuc buzujaca adrenaline to niech wybierze inne miejsce (chyba, ze uznamy roznego rodzaju sporty ekstremalne i trekkingi za pelnowartosciowe zrodla przygody, czego ja nie robie). W Wietnamie transport, noclegi, bezpieczenstwo i komunikacja po prostu nie daja szans na przezycie calkowicie nieprzewidywalnego i pelnego napiecia dnia. Wiec nie dziwie sie juz calym rodzinom z malymi dziecmi, ktore przyjezdzaja tutaj na wakacje. Bo nie liczac kilku naprawde odizolowanych miejsc, Wietnam to kraj na wakacje, nie na pelna niewiadomych wyprawe.

Ocena ogólna: 6.5/10

Jeszcze przed wyjazdem postrzegalem Wietnam jako kraj bardzo turystyczny oraz zatloczony i juz wtedy planowalem jak najszybsze przeskoczenie do Kambodzy. Chcialem oczywiscie poznac ten kraj lepiej, zobaczyc jak najwiecej i byc moze nawet zmienic zdanie. Na pewno jest to fascynujace i ciekawe miejsce, przede wszystkim inne, ma bogata historie, kulture i niesamowite krajobrazy. Na pewno jest to miejsce stworzone dla niektorych ludzi, jednak, co wiedzialem zawsze, nie jest to miejsce dla mnie. A ludzie, ktorzy mnie dobrze znaja, wiedza zapewne dlaczego.

Budzet: 20-25 USD/dzien

Jest to opcja umiarkowanie ekonomiczna (jedzenie, transport, noclegi, bilety wstepu). Dla chcacego przezycie dnia za 15 dolarow nie jest zapewne niemozliwe. Mozna tez skorzystac z opcji za 200 dolarow na dobe, ale to juz nie moja bajka i mam nadzieje, ze nigdy moja nie bedzie.

Odcinek X

// Styczeń 28th, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 32
28 stycznia 2010
Phnom Penh, Kambodza
11° 33′ N, 104° 55′ E


Jestem juz w Kambodzy, wiec gdzies musialy zaginac ostatnie dwa tygodnie. Postaram sie nadrobic zaleglosci w Phnom Penh, gdzie zostane troche dluzej niz planowalem poczatkowo. Na czym to ja stanalem, aha…

Sleeping bus

Nocny autobus na trasie Ha Noi – Hoi An. Zeby do niego dotrzec musialem spedzic kilkanascie minut jak sardynka w puszce, na stojaco pokonujac ruchliwe ulice stolicy Wietnamu w busie, ktory mial mnie zawiezc pod sam autokar. Dopiero w nim mialem dostac bilet na reszte trasy, od Ha Noi do samego Sajgonu. Sam pojazd posiada w sobie okolo dwudziestu waskich i zdecydowanie za krotkich „lozek”, a ja mialem sie zmiescic z plecakiem na jednym z nich, na dodatek trafilo mi sie jedyne chyba loze bez pasa bezpieczenstwa (nie chodzi o pas chroniacy mnie przed skutkami wypadku, a raczej o taki chroniacy mnie przed fruwaniem na spiaco po autokarze na ostrych zakretach, na ktorych oczywiscie sie tu nie zwalnia, co wiecej, smialo sie wyprzedza), na gorze. W koncu ruszylismy, a ja przez nastepne kilka godzin probowalem znalezc odpowiednia pozycje do snu i mniej wiecej w srodku nocy doszedlem do konkluzji, ze najwygodniej bedzie spac na tzw. lyzeczke z plecakiem. Ale znalezienie odpowiedniej pozycji to tylko jedna z trosk w czasie tego wojazu. Drogi w Wietnamie do najrowniejszych nie naleza, wiec srednio raz na pol minuty cieszylem sie swego rodzaju stanem niewazkosci. Do tego nalezy dodac regularne klaksony, nawet w nocy, srednio co kilka sekund (a autokary i ciezarowki klaksony maja potezne). I na deser wietnamscy pasazerowie wrzeszczacy (czyli mowiacy normalnie) do swoich telefonow komorkowych. Razem z niewygodnym lozkiem daje to obraz skrajnej meczarni, ale coz, chcialo sie przygody. W Hoi An mialem byc o 11, dotarlem jednak tam dopiero o 13, co juz mnie wcale nie zdziwilo.

Klimat juz calkiem inny – z chlodnej (okolo 15 stopni) polnocy trafilem na srodkowe wybrzeze, gdzie temperatury calkiem regularnie przekraczaja juz 30 stopni na plusie. Zwykla praktyka jest, ze pasazerowie wysadzani sa pod goraco rekomendowanym hotelem i wprawdzie nic nie stoi na przeszkodzie, zeby z miejsca sie oddalic i samodzielnie znalezc kwaterunek, ale przyznac trzeba, ze najgorzej sie wcale dzieki temu nie trafia. Ja w ten sposob dostalem spora dwojke w Grassland Hotel przy ulicy Hai Ba Trung (chyba jest taka w kazdym wietnamskim miescie), dwa metry od krytego basenu. Poczatkowa wycena to 12 dolarow, ale podobno maja tez pokoje po 10. Prosze wiec o pokazanie tego pokoju za dyche, pani recepcjonistka stawia opor i opuszcza cene do 11 dolarow. Ja, niedobry westerner, upieram sie by zobaczyc ten pokoj za dziesiec i konczy sie to wszystko spuszczeniem ceny do rzeczonej dychy za pokoj, w ktorym stalem. Zeby bylo milej to moge sobie jeszcze wybrac rower, ktory nieodplatnie bede mogl katowac na hoianskich dziurach. Na Facebooku znajduje jeszcze wiadomosc od Shauna z namiarami i udaje sie na objazd miasteczka. Hoi An rozni sie znacznie od Wietnamu jaki do tej pory moglem zobaczyc, mozna nawet pokusic sie o nazwanie go dosc europejskim miejscem, takim malym Porto. Ma dosc niska zabudowe i kameralna atmosfere – ruch uliczny tutaj to pustki w porownaniu do Ha Noi. Stare miasto lezy nad rzeka Thu Bon, ktora od morza dzieli juz niewielki pas ladu. Ta czesc miasta, zreszta jak wszystko w Wietnamie, nosi slady zaniedbania (a regularnie pojawiajace sie w okreslonym czasie tajfuny na pewno nie pomagaja), ale w przypadku Hoi An dodaje to w jakis sposob uroku starym budynkom.

Hoi An

Widac wplywy japonskie, to tu kiedys zawijaly statki handlowe z Japonii i Chin, jedna z typowo turystycznych atrakcji jest kryty most japonski. Ale poza kilkoma swiatyniami nie ma specjalnie czego ogladac i bardzo dobrze, bo w Hoi An chodzi przede wszystkim o klimat tego miejsca i w sumie moznac uznac, ze chodzi o atmosfere, ale takze o klimat w sensie pogody. Daje sie to zauwazyc nawet w faunie i florze, w swoim pokoju hotelowym (juz z moskitierami, choc te byly tez w Sa Pa) mialem lacznie trzech mieszkancow, dwa gekony i pokaznego karalucha. Tego ostatniego przykrylem kubkiem, a gekonow nie chcialo mi sie ganiac, tak naprawde ich obecnosc zupelnie mi nie przeszkadzala, raczej nog nie odgryzaja, a jesli nawet to przeciez odrosna… W drodze powrotnej z pierwszej przejazdzki odpadl mi pedal w rowerze, co tez mnie juz nie zdziwilo, na szczescie bylo to juz niedaleko hotelu. Przyznac trzeba, ze te hotelowe jednoslady do najlepiej utrzymanych nie nalezaly, a „na miescie” mozna bylo dorwac calkiem nowiutki rower za skromne 20000 dongow (3 PLN) za dzien.

Hoi An

Wieczorem w okolicach nocnego targu spotkalem sie z Shaunem i wspolnie probowalismy kulinarnych specjalnosci Hoi An, miedzy innymi smazonego wontona i white rose (male, prawie przezroczyste pierozki z miesem, w ksztalcie rozy – 20000 dongow/3 PLN). Spozywalismy je w lokalnym „lokalu gastronomicznym”, ktory tak naprawde skladal sie z pieciu czy szesciu dlugich stolow, przy czym kazdy stol posiadal wlasna miniaturowa kuchnie oraz wlasnego kelnera. Kuchnie prowadzone byly przez rozne osoby, ktorych imiona oznaczono na tabliczkach. Odezwal sie juz tropikalny klimat tego miejsca, kilka razy uderzal krotki acz intensywny deszcz, maly monsun, po ktorym jednak nie bylo sladu juz po dwoch kolejnych minutach.

Hoi An

Nastepnego dnia rano dlugo wybieralem w hotelu rower, opukalem i ostukalem kazdy jego element zanim dolaczylem do Shauna i zanim wybralismy sie na objazd Hoi An, tym razem naokolo miejscowosci. Chwile po opuszczeniu miasta, gdy po obu stronach drogi ciagnely sie pola ryzowe, jeden z pracujacych na nich mezczyzn zawolal nas do siebie. Spodziewalismy sie, ze chce nam cos sprzedac, okazalo sie to zgodne z prawda, ale zamiast jakiejs ozdoby czy darmowej gazety ten lokalny farmer sprzedal nam kilka minut pracy na polu ryzowym, wcisnal na glowy typowe spiczaste kapelusze i zarodki ryzu w dlonie. Nastepnie zmusil nas do zrobienia sobie nawzajem zdjec i na koniec wyciagnal dlon w proszacym gescie. W kilka minut, bez wiekszego wysilku zarobil okolo 10000 dongow (1,5 PLN), a swiadomosc tego, ze dla farmera z nieduzej miejscowosci jest to moze nie spora, ale tez na pewno nie mala kwota byla chwilowo przygnebiajaca. Mielismy plan zobaczyc stare japonskie groby, rozsiane po okolicy, ale zamiast tego znalezlismy groby wietnamskie. Upal dawal sie juz we znaki, nie chcialo nam sie ich szukac, wiec ruszylismy dalej i niedlugo pozniej ujrzelismy w koncu morze.

Cua Dai

Plaza Cua Dai oddalona jest o okolo piec kilometrow od Hoi An, nie mozna zaraz przy niej parkowac jakimkolwiek pojazdem, wiec rowery parkujemy na specjalnym parkingu, oczywiscie platnym – 5000 dongow od sztuki. Uzupelniamy poziom lodowatych plynow i po chwili wylegujemy sie juz na piasku, lezac jednak w cieniu palm, w koncu co za duzo slonca to niezdrowo – ja jeszcze zrzucam resztki skory z trekkingu w Sa Pa. I na tym koncza sie jakiekolwiek szczegolne wydarzenia tego dnia. Probuje jeszcze zarezerwowac sobie miejsce w nastepnym autobusie do Nha Trang, ale spozniam sie o kwadrans, wszystkie miejsca na nastepny dzien sa juz zajete, pozostaje pojutrze.

Vi Cafe

Ponownie zagryzam smazonego wontona, tym razem w Vi Cafe, malej knajpce w centrum Hoi An, prowadzonej, o ile sie nie myle, przez wiekowego Dunczyka. Po trzech dniach w Hoi An laduje z powrotem na pokladzie nocnego autobusu, tym razem trafia sie jednak model duzo wygodniejszy. Spie prawie do samego wjazdu do Nha Trang, nastepnego dnia przed szosta rano.