// Luty 11th, 2010 // 1 Comment » // Azja 2009/2010
Dzień 46
11 lutego 2010
Stung Treng, Kambodza
13° 31′ N, 105° 58′ E
Dzisiejszy odcinek bedzie odrobine przygodowy, moze nie bedzie to sensacyjny Clancy, ale byc moze taki maly Niziurski. Po dwoch dniach odpoczynku w Phnom Penh dotarlem do Stung Treng. Jest to miasteczko w polnocno-zachodniej Kambodzy, okolo 60 km od granicy z Laosem, tak naprawde ostatni przystanek przed nia. Miejsce to nie wyroznia sie niczym konkretnym, moze poza plynaca tutaj rzeka Sekong i faktem bycia stolica prowincji, jesli mozna uznac to za ciekawostke to tu jest jedyna winda w calej prowincji. Rzeka w rejonie miasta jest dosc szeroka, mysle, ze odrobine bardziej pokazna niz Wisla w stolicy, poza tym gruzowisko i smietnisko. Jest jeszcze lokalny targ, las czerwonych parasoli na placu oraz jego wieksza i bardziej tajemnicza czesc, skryta pod plachtami, gdzie w polmroku kryja sie stragany ze wszystkim, od bizuterii, przez kosmetyki, ubrania po swieze jeszcze czesci zwierzat. Nierozsadna osoba moglaby po spacerze przez ten targ zostac, tfu, wegetarianinem. Zatrzymalem sie w Riverside Guesthouse, gdzie za piec dolarow dostalem pokoj pachnacy nieznanego pochodzenia chemikaliami, zapewne srodkami czyszczacymi, zapach porzadnie zadlil nozdrza. Pokoj czysty, w srodku budynku, bez okna – a brak okna ostatnio zaczalem uznawac za blogoslawienstwo. Nastepnego dnia mialem plan udac sie do Banlung, okolo 150 km od Stung Treng, stolicy prowincji Ratanakiri, jednego z najbardziej niedostepnych regionow kraju. Podroz miala trwac okolo czterech godzin i kosztowac mnie szesc dolarow.

Wlasnie jadlem sniadanie gdy rano przed hotelem zatrzymal sie minibus majacy mnie zabrac w dalsza droge. Jest to jeden z powszechnych tu klonow furgonetki Mercedesa czy Toyoty, zasadniczo przeznaczonych do transportu 8-9 osob, rzadko przewozacych jednak mniej niz dwa razy tyle. Pojechal dalej beze mnie by wrocic za kilka minut i dac mi tym samym szanse skonczenia mojego nalesnika z owocami. Dostalem miejsce z tylu pojazdu, choc miejscem tak naprawde byla poduszka polozona na kartonie. Obok kierowcy siedziala mloda matka z dwojka dzieci, w pierwszym rzedzie za nia czterech mlodych mnichow buddyjskich w swoich typowych pomaranczowych okryciach – zuli gumy i sluchali muzyki ze sluchawek, mimo ze z glosnikow wydobywaly sie hity kambodzanskiego popu, glosniej niz powinny. Byli jeszcze dwaj mlodzi bracia, kilkuosobowa rodzina, kilka osob podrozujacych samotnie, lacznie okolo 16 osob, ja jako jedyny fa rang. Miedzy nogami mialem pudlo z trzema malymi szczeniakami, na jednym kolanie ksiazke, na drugim butelke wody. Ruszylismy.

Juz kilka kilometrow za Stung Treng nastapilo nieuniknione – skonczyl sie asfalt. Minibus zaprawiony pewnie w tej trasie nie zwolnil nawet odrobine, jechalismy 50-60 km na godzine po piaszczystym i nierownym klepisku. W odleglosci dziesieciu metrow od drogi wszystko bylo pokryte czerwonym pylem, ktorego tumany wzbijane sa tutaj nawet przez lekki rower. Poczatkowo sadzilem, ze roslinnosc tutaj cierpi po prostu na brak wody, jest w koncu sam srodek pory suchej. Po jakims czasie zorientowalem sie, ze podobna barwe przyjmuje tu wszystko, chatki, pojazdy, dzieci – w koncu sam zaczalem czuc smak pylu w ustach. Droga byla wystarczajaco szeroka dla okolo poltora pojazdu, mijajace sie samochody przechylaly sie groznie zblizajac sie do jej krawedzi. Co jakis czas przekraczalismy strumienie po prowizorycznych mostach, nierzadko trzymajacych sie tylko na kilku deskach. Ruch byl niewielki, raz na kilka, kilkanascie minut doganialismy jakis pojazd przed nami, przez reszte czasu moglem skupic sie na tym co w tej chwili wychodzilo mi najlepiej, podskakiwaniu na wertepach. Mialem niewielkie pole manewru dla konczyn, szyja zaczynala bolec. Probowalem czytac, probowal tez siedzacy obok mnie mlody chlopak, z tej samej ksiazki. Szlo mi to pewnie lepiej niz jemu, ale po kilku stronach poddalem sie. W polowie drogi wysiedli mnisi z cala masa bagazu, trafilem na miejsce za kierowca, moglem rozprostowac nogi, moglem je nawet rozlozyc, poczulem powiew luksusu. Mijana okolica byla gesto zalesiona, ale co jakis czas napotykalismy cale pola pelne kikutow drzew. Niektore z nich przypominaly pole bitwy, ktora musiala sie tu przed chwila odbyc, smetny krajobraz wycietych drzew, rozkopana ziemia, tlace sie w roznych miejscach resztki drzew, brakowalo tylko cial. Droga prowadzila momentami przez tunel z roslinnosci, czerwony z brzegu, zywo zielony odrobine dalej od drogi. Po wysadzeniu kilku kolejnych pasazerow wjezdzalismy w koncu do Banlung i tu niespodzianka. Asfalt. I to nie byle jaki, rowniutki, dwa pasy w kazda ze stron, to juz nie luksus, to riwiera. Banlung przypomina klimatem troche miasteczka znane z westernow, oazy Dzikiego Zachodu – z ta mala roznica, ze tutaj ulic bylo troche wiecej niz dwie. W centralnej czesci miasta znajduje sie targ, ktory wyglada jak wysypisko smieci, w ktore ktos wetknal stragany. Tam pozegnalem sie z minibusem i zaczalem rozgladac sie za punktem sprzedazy biletow. Sompong, zarzadca Yaklom Hill Lodge, gdzie zapowiedzialem swoje przybycie, polecil mi poprosic jedna z osob tam by zadzwonila do niego gdy przybede, a on odbierze mnie z miasta i zabierze do osrodka lezacego okolo 5 km od Banlung. Punkt odnalazlem bez problemu, jednak proby porozumienia sie spelzly na niczym. Pozostalo mi wynajecie jednego z kierowcow. Za dolara mial zawiezc mnie tam gdzie chcialem, literowanie mu nazwy konkretnego miejsca nie mialo sensu, patrzylismy na siebie chwile kompletnie zbici z tropu. W koncu, siedzac juz na tylnim siedzeniu jego motorumaka, pokazywalem mu droge wymachujac rekami i tak dotarlismy do Yaklom Hill Lodge.
Miejsce to znajduje sie na wzgorzu pokrytym gesta dzungla, szczerze mowiac chyba spodziewalem sie czegos w rodzaju polskiego kempingu z domkami. Tutaj jest sie z kazdej strony otoczonym obfita fauna i flora. Gdyby nie sciezki prowadzace do domkow i recepcji to trzeba by sie tu poruszac z maczeta w dloni. Jest to jednoczesnie swoisty ptasi rezerwat, w katalogu, ktory mozna obejrzec w recepcji widnieje lista ponad 60 gatunkow ptakow. Otrzymalem klucz do domku numer siedem, jednego z kilkunastu na terenie osrodka. Domek to tak naprawde drewniana chatka, z dwoma lozkami, lazienka z zimna woda i weranda z hamakiem – jedna noc w tym miejscu to 10 dolarow, sniadanie wliczone w cene. Elektrycznosc dostepna jest tylko od 18 do 21, jesli nie liczyc baterii slonecznej, ktora daje slabe swiatlo z malej swietlowki na suficie. Planowalem zostac tutaj nawet piec dni, ale szybko zaczalem rewidowac swoje postanowienie, gdy Sompong zaczal straszyc mnie powszechna tutaj malaria, przy okazji narzekajac, ze malo jest ostatnio gosci. Faktycznie, poza mna byla tylko para Niemcow i faktycznie, jest to na tyle malo rozwiniety i trudno dostepny region, ze warunki do szerzenia sie malarii sa bardziej sprzyjajace niz chocby w Stung Treng. Ratanakiri rozwija sie jednak i zapewne za kilka lat ten 1000 osob, ktore odwiedzaja to miejsce w ciagu roku zamieni sie w dziesiatki tysiecy. Jednak swego rodzaju poczucie ekskluzywnosci ustepuje miejsca maniakalnemu polowaniu na komary i szybka zmiane odzienia na takie z dlugimi rekawami i nogawkami. Branie prysznica w DEET czyli skladniku sprayow na komary takze staje sie nawykiem. W glowie planowalem juz trasy ewakuacji na wypadek pojawienia sie wysokiej goraczki i bolu glowy, zwykle mija 7-10 dni zanim pojawia sie objawy, wtedy bede juz w Laosie, a stamtad, zarowno z Pakse, jak i z Vientiane i Luang Prabang sa codzienne loty do Bangkoku – tam szybko bede mogl sie wykurowac i kontynuowac podroz. Ale to wszystko, jak znam siebie, martwienie sie na zapas, zrobilem jednak zapas srodkow odstraszajacych te paskudztwa, tak na wszelki wypadek.

Wypozyczylem rower i udalem sie na objazd okolicy. Jest ona dosc nierowna, czyt. gorzysta, wiec jazda rowerem potrafi zmeczyc, szczegolnie, ze temperatura jak zwykle powyzej 30 stopni. Pojechalem do miasta, znalazlem jedyny tutaj bankomat, strzezony przez znudzonego policjanta, siedzacego na plastikowym krzeselku, z opartym o nie amerykanskim karabinem AR-15 – to raczej ewenement w kraju zdominowanym przez kalasznikowa. Zmeczony, reszte dnia spedzilem w hamaku, ustalilem jeszcze plan kolejnego dnia – Sompong zorganizowal mi przewodnika z motocyklem na ten dzien, mowiacego po angielsku Lokmuta (zapis fonetyczny z pamieci), ktory podobno zna wiele ciekawych faktow i historyjek. I odpowiednio za nie kasuje, 15 dolarow piechota nie chodzi i jak na taka wymiane jest to dosc wygorowana kwota.
Wysmarowalem sie odpowiednio, owinalem lozko dokladnie moskitiera (ta przy drugim lozku byla dosc dziurawa) i korzystajac z dobrodziejstw racjonowanej elektrycznosci czytalem do momentu zasniecia. Kilkadziesiat minut od zasniecia obudzil mnie jakis szelest. Zaczalem nasluchiwac, slychac bylo miliardy malych stworzen, krzatajacych sie w sciolce, ale dokladnie slyszalem tez jakies wieksze stworzenia halasujace wokol domku. Lub w nim – pewnosci nie mialem, totalna ciemnosc, brak latarki, byly chwile kiedy moglbym przysiac, ze halasy dobiegaja z drugiego lozka, na ktorym lezal plecak. Malpy, malpy grzebia mi w plecaku – taka mysl przeleciala mi przez glowe, chwycilem komorke i probowalem z pomoca jej swiatla zbadac sytuacje. Nic nie zauwazylem, ale to wcale przeciez nie wyklucza teorii. W pewnym momencie swiatlo telefonu chyba sploszylo jedno ze stworzen, musialo ono byc wiec albo w domku albo zaraz za jego oknem. Juz czulem, ze za duzo to nie pospie. Ptaki, swierszcze, zaden problem – ale drapanie w sciane dokladnie przy moim uchu to juz inna sprawa. Zasnalem jednak ponownie, mimo prob trwania na posterunku i nawet prob odstraszania okolicznych stworzen glosem czyli gadaniem do siebie. Dotrwalem do rana, zaskakujaco dobrze wyspany, moskitiera spelnila swoje zadanie, a komorka sie rozladowala i oczywiscie nie ma gdzie jej podlaczyc, bo elektrycznosc wraca dopiero za kilkanascie godzin. Blizej natury chyba juz byc nie mozna.
O osmej rano, po zjedzonym sniadaniu, wsiadalem juz na tylne siedzenie Hondy Dream 150. Pierwszym punktem wyprawy byly trzy wodospady, tworzace trojkat przecinany przez droge ze Stung Treng do Banlung, kilkanascie kilometrow na zachod od osrodka. Pierwszym z nich byl wodospad Cha Ung, lezacy niedaleko wioski o tej samej nazwie, zamieszkanej przez etniczna mniejszosc Kambodzy, lud Tampuanow. W wiosce tej zycie biegnie dokladnie tym samym tempem co kilkaset lat wczesniej, nie ma tu zadnych udogodnien pochodzacych z bliskiego przeciez swiata cywilizacji, reprezentowanego przez lezace na poludniowy wschod stad Banlung. Widac tez, ze pozostawiona jest ona starszemu pokoleniu, mlodzi ciagna juz do Banlung, dalej do Stung Treng, niektorzy widzieli tez pewnie nawet ulice Phnom Penh. Psy spia przy plotach, w malym bajorku ktos robi pranie, jedyny znak, ze jest to XXI wiek to przejezdzajace co jakis czas przez wioske motorowery. Dotarlismy do bramki strzezonej przez polnagiego miejscowego i szlaban w postaci rozwieszonego sznurka, zaplacilem 2000 rielow za bilet wstepu dla obcokrajowca (miejscowi placa 500) i zostalem skierowany w ogolnym kierunku wodospadu. Spodziewalem sie malego strumyka spokojnie splywajacego po kamiennej scianie, jest to w koncu pora sucha, a tutaj wielkich gor raczej nie ma. Zamiast tego ujrzalem kilkudziesieciometrowa skale, z ktorej krawedzi spadaly na dol tony wody. Mozliwe bylo przejscie pod zawisem skalnym i znalezienie sie za ta sciana wody, siedzialem tam dluzsza chwile, zaskoczony chyba moca i wielkoscia tego miejsca. Gdyby nie czekajacy na mnie kierowca i inne, nieznane jeszcze miejsca, pewnie zrzucilbym ubranie i reszte dnia spedzilbym pod tym wodospadem.

Kolejny wodospad wedlug przewodnika mial byc nawet wiekszy. Zeby dotrzec do wodospadu Kanchall przekroczylismy ponownie droge do Banlung i udalismy sie na poludnie. Minelismy wytwornie gumy i na pobliskim rozstaju drog skrecilismy w lewo. Kolejne 2000 rielow i kolejny opad szczeki. Tym razem aby ujrzec wodospad w pelnej jego chwale musze wejsc na sam srodek wiszacego mostu. Most wykonany solidnie, kolysal sie jednak pod wplywem moich krokow. W dole plynal dalej strumien, ktory kilkadziesiat metrow ode mnie opadal z krawedzi skalnej sciany i ktory stanowil faktycznie jeszcze wiekszy wodospad od poprzednika. Stojac na skraju mostu, kilkadziesiat metrow od niego, czulem na twarzy kropelki wody.
Usiedlismy na chwile na jednej z lawek w jego okolicy i uslyszalem historie domkow stojacych niedaleko od wodospadu. Byly to male chatki zbudowane z lisci i wlokien, moze dwa na dwa metry, stojace na dlugich nogach i z dlugimi drabinami prowadzacymi do ich drzwi. Wedlug tradycji ludu Krung, zamieszkujacego te okolice, gdy dziewczyna chce wyjsc za maz opuszcza dom rodzinny i wprowadza sie do nizszej z dwoch stojacych tam chatek. Tam przyjmowac moze „gosci” i jakis czas pozniej konczy sie to malzenstwem. Do chatki wyzszej wprowadza sie w tym samym celu mlody mezczyzna i jak sie dowiedzialem zwykle najpozniej po dwoch miesiacach jest juz pozamiatane czyli poozeniane. Z pewnym wyrzutem moj przewodnik powiedzial, ze zna dziewczyne z wioski niedaleko Banlung, ktora ma 22 lata i wciaz nie chce brac slubu, mieszka dalej z rodzicami. Przy okazji dowiedzialem sie tez troche o samym przewodniku, ktory jest najwyrazniej rozwiedziony i mial malarie, cale dwa dni. Jego malzenstwo trwalo cale dwa miesiace, do czasu az dowiedzial sie, ze gdy on prowadzi podroznikow na trekkingi w dzungli to jego luba w tym czasie chodzi w tzw. tango. „Nigdy nie ufaj babie” sprawdza sie w kazdym zakatku planety.

Trzeci wodospad – Katieng – znajduje sie okolo trzech kilometrow dalej na zachod. Przypomina pierwszy z nich, Cha Ung, jego okolica jest jednak bardziej otwarta, nie jest zamkniety w gestej dzungli, co chyba odejmuje mu troche uroku. Przy samym wjezdzie do Banlung, nieopodal lokalnego watu, na szczycie wzgorza znajduje sie postac lezacego Buddy. Widzialem juz takich kilka, ten jeden wyroznial sie tym, ze zdobiony byl chyba jakims rodzajem menu – byly ceny podane w rielach i w dolarach, ale czego dotyczyly nie mam pojecia. Byc moze blogoslawienstwa bodisatwy maja swoja cene.

Ostatnim przystankiem bylo jezioro Yaklom, z powrotem po wschodniej stronie Banlung, zjazd do niego znajduje sie okolo kilometra od wjazdu do osrodka Yaklom Hill. Te trase pokonalem dzien wczesniej na rowerze, zjezdza sie w dol po dlugim i naprawde stromym zboczu, trzeba jednak potem jakos wrocic. Wiekszosc ludzi prowadzi rowery z powrotem na gore, mi udalo sie wjechac tam bez zatrzymania, ale dochodzilem do siebie przez kolejne dwadziescia minut, sapiac okrutnie. Na szczescie tym razem mam do dyspozycji maly silnik Hondy. Jezioro otoczone jest gestwina, ale jest kilka miejsc gdzie mozna podziwiac cala jego spokojna tafle. Za dostep do jego brzegu placi sie dolara lub 4000 rielow. W niedziele i swieta tlumy przychodza tutaj sie kapac, w pelnym ubraniu, moze dlatego, ze jest to ponoc miejsce swiete dla niektorych.

Postanowilem skrocic moj pobyt tutaj i wrocic tego samego dnia do Stung Treng. Czulem, ze nie odpoczne w Banlung szczegolnie, a glownie zeby lezec do gory brzuchem tutaj przyjechalem. Pojechalismy na targ dowiedziec sie czy odjezdzaja jeszcze jakies minibusy na zachod, wiekszosc odbywa kursy rankiem, pozniej jest juz duzo trudniej zlapac transport. Okazuje sie, ze jest jeden, odjezdza za dwie godziny. Ustalam cene (5 dolarow) i jedziemy z powrotem do osrodka. Zegnam sie z moim przewodnikiem, ale tylko na chwile, ma wrocic po mnie jak tylko dostanie sygnal od kierowcy minibusa. Ja w miedzyczasie wymeldowuje sie z Yaklom Hill Lodge i jem lunch, dyskutujac o podrozowaniu i nauce angielskiego z pracujacym na recepcji chlopakiem. Moj przewodnik / kierowca dlugo nie wraca, na szczescie mam pewnosc, ze w koncu wroci, bo jeszcze mu nie zaplacilem. W koncu dodzwonil sie do niego recepcjonista, kierowca bedzie za dziesiec minut, juz jedzie. Po pietnastu minutach powtarzamy rozmowe, tym razem zostalo mu juz tylko piec minut drogi. Po dziesieciu minutach w koncu pojawia sie i wyjasnia zaistniala sytuacje. Okazuje sie, ze minibus, na ktorym mialem miec zarezerwowane miejsce zmienil trase i zatrzymuje sie tylko w wiosce, okolo 10 km od Stung Treng. Tam moge zlapac moto-taxi do miasta, za jakies dwa dolary. Nie jest to zla opcja, jednak gdy dojade do rzeczonej wioski bedzie juz zapewne ciemno, lapanie transportu z malej wioski po zmroku wydaje sie byc odrobine karkolomne. Innego transportu mialo nie byc az do kolejnego ranka. Zrezygnowany wsiadam z plecakiem na tylne siedzenie Hondy i jedziemy do miasta szukac hotelu na te noc. Trafiamy pod drzwi Star Hotel, wymienianego w przewodniku LP. „Yes, sir, big rooms, cheap, cheap” – zachwalal go moj kierowca. Faktycznie pokoje duze i tanie, bo za tylko piec dolarow za noc. Jeden rzut okiem na okno i lozko i wiedzialem, ze tutaj spac nie bede. Nie ma moskitier, okno sie nie domyka, co wiecej caly pokoj pokryty jest ogromnymi pajeczynami, a lazienka wyglada jak paskudny wychodek obklejony glazura. Zapytalem jeszcze o transport do Stung Treng, po raz kolejny dowiedzialem sie, ze dzis juz nic tam nie pojedzie, ale nie chcialem dawac za wygrana. Tak latwo sie nie poddam, pojade na naczepie ciezarowki jesli bedzie trzeba. Moglbym zostac w Banlung jeszcze jedna noc, ale i tak tego dnia juz wiele bym nie zdzialal, a moglbym jeszcze tego dnia byc w Stung Treng i przygotowywac sie na Laos. Jedziemy ponownie na targ i oczywiscie trafiamy na minibusa do Stung Treng. Kierowca jednak mowi, ze nie jedzie, bo brakuje sardynek, ekhm, to znaczy pasazerow. Mozemy jednak ruszyc nawet i w tej chwili jesli zaplace za trzy miejsca, 15 dolarow. Przez mojego przewodnika przekazuje, ze nie mam zamiaru placic wiecej niz dziesiec dolarow, choc czuje, ze mnie naciagaja. Te dodatkowe piec dolarow i tak wydalbym na hotel, niewazne, chce dotrzec do Stung Treng przed zmrokiem. Po dlugiej i goracej dyskusji w kilkuosobowym gronie kierowca zgadza sie. Zegnam sie z moim przewodnikiem i zajmuje miejsce w samochodzie, z przodu, przy kierowcy. Ruszylismy, ale moja radosc z szansy osiagniecia Stung Treng przed zmrokiem zaczela topniec gdy okazalo sie, ze przez kolejne pol godziny mielismy zbierac pasazerow rozrzuconych po calym Banlung.

W koncu wyjechalismy z miasta i ruszylismy dobrze juz znana wyboista droga w strone Stung Treng. Zaloga pojazdu byla rownie roznorodna co na trasie w przeciwna strone. Zaraz za mna siedzial szaman hindu, mezczyzna na oko 35-letni, ubrany jedynie w biala szate i trzymajacy w reku dluga rozdzke. Zamienilismy kilka slow na jednym z postojow, opowiadal o podrozy do Malezji, o tym jak mieszkal w gorach w Indonezji i ze wraca tam za miesiac, przepraszajac czesto, ze jego „english is small” – niesamowite, ze to akurat z nim, a nie z facetem z neseserem i w nienagannie wyprasowanej bialej koszuli, udalo mi sie nawiazac komunikacje. Na trasie robilismy niezly czas, wygladalo na to, ze bede w Stung Treng przynajmniej pol godziny przed zmrokiem. Zatrzymalismy sie wlasnie na przewezeniu drogi, gdzie ekipa budowlana pracowala nad pokazna rura umieszczana pod jej powierzchnia. Cala droge stanowil tutaj jeden waski pas, zastawiala go jednak koparka. Kierowca naszego pojazdu krzyknal cos w kierunku operatora koparki i ten zaczal powoli zmieniac pozycje swojej maszyny, aby umozliwic nam dalsza droge. Z przeciwnego kierunku nadjezdzala dziesieciokolowa ciezarowka i od razu czulem, ze cos jest nie tak, bo nie zamierzala w ogole zwalniac przed przeszkoda. Zobaczylem tylko blokujace sie kola, zaskakujaco spokojna twarz kierowcy i chwile pozniej zderzenie. Ciezarowka z calym impetem uderzyla w koparke, wokol posypalo sie szklo i uslyszelismy dzwiek zgniatanej blachy. Polowa kabiny pojazdu byla zniszczona, przednie dwie osie zerwane, koparka za to miala tylko obtarcie z tylu.

Wyskoczylismy z naszego minibusa, ale zanim dobieglismy do ciezarowki jej kierowca siedzial juz na nasypie, najwyrazniej caly i zdrowy. Spojrzalem na droge i zaczalem sie zastanawiac jak za trzy godziny znalezc nocleg w Banlung. Pol tego waskiego pasa drogi bylo teraz zastawione przez tyl rozbitej ciezarowki, zaraz obok pracowala ekipa budowlana, nie przejedziemy, wracamy do Banlung – pomyslalem. Koparka prawie w ogole nie odczula zderzenia, jej tyl byl tylko lekko odrapany i byla calkiem sprawna. I szybko zaczela budowac przeprawe dla nas, ale takze i dla kilku innych pojazdow, ktore zaczely tworzyc korek za naszym minibusem. Szef ekipy gorliwie sprawdzal co chwile stan paliwa w baku koparki, gotow przerwac prace w kazdym momencie. Lyzka koparki fruwala nad glowami zgromadzonych gapiow, mijajac ich nierzadko o centymetry – moze jednak jest cos w tym, ze Azjaci nie szanuja zycia na ten sam sposob na jaki szanuja je chocby europejczycy, choc ta teza pochodzi akurat od Amerykanow. Postoj trwal juz ponad pol godziny, zmienialem wlasnie sandaly na buty i dlugie skarpetki, spodziewajac sie rychlego ataku komarow, wlasnie zaczynalo sie sciemniac, zaczynala sie ich zmiana. Wyciagnalem tez z plecaka dlugie spodnie, ale moj dylemat polegal na tym, ze pod zalozonymi krotkimi spodniami nie mialem bielizny, a nie chcialem robic pokazu na caly korek. W koncu, po czterdziestu minutach ruszylismy dalej. Pol godziny pozniej, gdy na zewnatrz bylo juz calkiem ciemno wysiadalem juz przed wejsciem do Riverside Guesthouse. Uff.
Jutro Laos.