Posts Tagged ‘lao cai’

Odcinek XIII – Wietnam: podsumowanie

// Styczeń 31st, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 35
31 stycznia 2010
Phnom Penh, Kambodza
11° 33′ N, 104° 55′ E


Kilka dni temu opuscilem Wietnam i nasuwaja sie rozne refleksje na temat tego kraju. Pragmatycznie bedzie podzielic je na kilka dziedzin i troche przewodnikowo lub faktograficznie sprobowac je skwantyfikowac. Oceny punktowe sa calkowicie subiektywne i w zaden sposob nie oddaja istoty sprawy, ale paradoksalnie latwiej jest w ten sposob porownac niezliczone i nieporownywalne osobno doswiadczenia z wielu krajow. Jesli mialbym pozniej wybierac z tej listy miejsca, do ktorych chcialbym zawitac ponownie to moge posluzyc sie swoim chlodnym, statystycznym wrecz osadem. Oceniam w skali dziesieciopunktowej, 10/10 jest tozsame z miejscem, gdzie moglbym spedzic reszte zycia, nie mam pojecia czy takie w ogole istnieje.

Krajobrazy: 8/10

Zdecydowanie jeden z glownych powodow, dla ktorych powinno sie przekraczac granice wietnamska. Znalezc mozna wszystko, od pieknych plaz, pasm gorskich, przez wawozy i zamglone doliny po piekne jeziora i rwace rzeki. Gdybym musial wybrac swoich faworytow jesli chodzi o wrazenia wizualne to w pierwszej kolejnosci polecam trekking w gorach Hoang Lien Son w okolicach Sa Pa lub w dolinach tamze. Zamglone stoki gorskie, przyjazna ludnosc, niesamowite panoramy szczytow i nieziemskie wschody slonca. Drugie miejsce zajmuje wjazd na Centralne Wyzyny, w drodze z Nha Trang do Da Lat, najlepiej na motocyklu i z lornetka. Widok na rozlegle niziny ponizej moze zatrzymac czlowieka tam na wiele godzin, a i same Centralne Wyzyny pelne sa niesamowitych miejsc, dodatkowo jest to rzadziej uczeszczana przez turystow trasa. Kazdy znajdzie cos dla siebie.

Ludzie: 5/10

Niestety, lekka reka moglbym przyznac dwa razy tyle punktow, za zwyklych mijanych na ulicy ludzi, osoby spotykane w malych wioskach, dzieci wolajace „hello” i chwytajace nas za reke, pytania i odpowiedzi w przypadkowych rozmowach z losowymi osobami spotykanymi po drodze. W praktyce jednak przez wiekszosc czasu ma sie do czynienia z ludzmi, ktorzy chca na nas tylko zarobic. Jedno z podstawowych zjawisk, ktore przewijaja sie w opisach tego kraju to nachalna, natretna i czesto bezwzgledna i bezczelna chciwosc i chec naciagniecia przyjezdnego. Juz jakis czas temu rozwazalem kwestie tego, ze wszyscy ludzie w jakis sposob daza do poprawienia swojego bytu i nie ma w tym nic zlego – w Wietnamie jednak pieniadz z niewinnego srodka zapewniajacego byt stal sie samodzielna religia. Jesli jedziecie do Wietnamu to przygotujcie sie na to, ze beda podawane wam ceny nawet szesciokrotnie wyzsze od rynkowych. Jesli bedzie oferowany wam przewodnik Lonely Planet to nie dziwcie sie, gdy sklada sie ze 100 powtarzajacych sie stron, nawet nie ulozonych w kolejnosci i kosztuje 17 dolarow, oczywiscie ksero. Sa miejsca mniej strawione przez te zadze pieniadza, im dalej od glownego szlaku sie oddalimy tym latwiej je znalezc. W kazdym innym miejscu lepiej przybic dziecko do podlogi, bo zabiora je w zastaw. W wiekszych miastach i bardziej atrakcyjnych punktach nalezy sie spodziewac, ze bedzie sie zaczepianym o kupno czy wynajem czegos srednio raz na kilka minut, a czasami nawet raz na kilkanascie sekund.

Trzeba tez przyznac, ze wiekszosc Wietnamczykow do najbardziej uprzejmych nie nalezy. Nie chodzi tu o jakies typowe grzecznosci typu „prosze” i „dziekuje”, jeszcze przed wjazdem do kraju nie spodziewalem sie ich w ogole, w tej kwestii roznice kulturowe calkowicie rozumiem. Chodzi raczej o sposob w jaki odnosza sie do siebie nawzajem i do przyjezdnych, to cos co przekracza granice kulturowe, to swoisty brak szacunku do drugiej osoby (chyba, ze jest duzo zamozniejsza). Moze to ta gestosc zaludnienia, moze zawisc – przepasc miedzy klasa uboga i klasa srednia jest tu ogromna. A mozliwe tez, ze na moja percepcje wplynely w jakis sposob inne czynniki, moze ciagle zaczepki, klaksony, naciaganie, tlok prawie wszedzie i zawsze, chaos. Sa wyjatki od reguly, ciche i ustronne miejsca, ale ogolem Wietnam krajem dla introwertyka raczej nie jest. Wiem, ze na pewno nie jestem obiektywny, ale nie staram sie byc, jest to po prostu niemozliwe.

Transport: 8/10

Owszem, wspominalem wertepy i niewygodne autokary, ale te kwestie naleza bardziej do dzialu „komfort”, tutaj przyznac trzeba, ze jesli chodzi o podrozowanie po Wietnamie opcji jest bez liku. Kazdy hotel zorganizuje autobus, motocykl czy rower, na kazdym rogu czekaja xe om i riksze. Wynajecie wlasnego transportu nie nalezy wprawdzie do tanich, w porownaniu do innych krajow regionu, ale jesli sie nan zdecydujemy to latwo jest go zorganizowac. Opcja „open tour” pozwala na przejechanie calego kraju w miesiac, za calkiem nieduze pieniadze, ok. 40 dolarow. Wynajecie dwoch kolek to dolar do dwoch za dzien, jesli kolka sa w zestawie z silnikiem trzeba sie jednak liczyc z wydatkiem rzedu 7-20 dolarow za dobe plus paliwo. Wynajem samochodu za to w tym kraju graniczy ze skrajnym idiotyzmem i nie chodzi o koszt (to swoja droga), ale o komfort i latwosc podrozowania. To nie jest kraj dla samochodow i jeszcze jakis czas takim nie bedzie.

Jedzenie: 7/10

Jest tanie i pyszne. Latwo jednak zauwazyc podzial na kulinarne smaczki polnocy i poludnia kraju. Na polnocy jedzenie jest troche mniej zroznicowane, najczesciej je sie pho, o kazdej porze dnia. Wieksza role odgrywaja warzywa, owoce sa mniej powszechne i gorszej jakosci niz na poludniu. Sprawdzonym, zdrowym i tanim daniem jest com ga czyli ryz z kurczakiem, mozna sie nim objesc i wydac 45-60 tysiecy dongow (6-9 PLN). Nie biegalem po drogich restauracjach, nie jadlem wezy, nie pilem krwi kobry, nie zakaszalem wiewiorka czy nietoperzem, wszystko to mozna w Wietnamie zrobic, za odpowiednio wysoka cene. Na goracym poludniu opijalem sie koktajlami i shake’ami owocowymi, zimne, przepyszne i nigdy nie kosztuja wiecej niz 15000 dongow (2,30 PLN). Owoce poludnia sa pierwszej jakosci i mnogosc gatunkow zacheca do probowania wszystkiego. W miare obfity i smaczny posilek plus napoje nie powinien kosztowac wiecej niz 70000 dongow (11 PLN), ale wystarczy wybrac sie do ciut lepszej restauracji i mozna zaplacic kilkaset tysiecy.

Noclegi: 8/10

Wietnam ma powierzchnie porownywalna z Polska, ale ma na niej upchniete setki tysiecy, jesli nie miliony, miejsc noclegowych. Najmniej placi sie zazwyczaj w miejscowosciach, gdzie tych miejsc jest najwiecej, prosta zasada konkurencji, popyt i podaz. Na poczatku, jeszcze malo zorientowany w realiach, placilem za calkiem niezly pokoj 16 dolarow za noc, sek w tym, ze niewiele gorszy pokoj kosztuje 14, byly tez takie za 12 i za 10 dolarow. I wielkiej przepasci miedzy najdrozszym i najtanszym nie bylo, przynajmniej w Ha Noi. Najmniej zaplacilem w Nha Trang, tylko 6 dolarow za noc, 10 w Hoi An, 8 w Da Lat, 12 w Sajgonie. Srednio nalezy przygotowac okolo 10 dolarow na kazda noc. Stosunek jakosci do ceny oslodzi wszelkie wydatki. Trzeba przyznac, ze za 10 dolarow (30 PLN) mozna dostac w Wietnamie pokoj trzy-, cztero-gwiazdkowy, za ktory w Polsce trzeba placic osiem do dziesieciu razy tyle. Notabene, pokoj, nie obsluge. W Wietnamie w standardzie dla jednej osoby jest duze podwojne lozko (albo nawet dwa), prysznic (zazwyczaj bez kabiny, z lekka pochylona w strone odplywu podloga), moskitiery (gdzie ma to sens), mini-bar i telewizor z okolo 60 kanalami (przynajmniej 10 angielskojezycznych, w tym HBO). Aha, w cene niektorych kwaterunkow wliczone jest takze sniadanie. Te srednie 10 dolarow za noc to opcja wygodna, jestem pewien, ze mozna przejechac Wietnam placac nie wiecej niz 5-6 dolarow za noc, wystarczy tylko chciec.

Komfort: 6/10

Nie lubie miec za wygodnie, wygoda nie rozwija i nie kojarzy mi sie z przygoda, ale… Jesli chodzi o komfort nocowania, jak wspomnialem przed chwila, nie ma na co specjalnie narzekac. Jesli chodzi o komfort podrozowania bywa juz roznie. Kuszetki w pociagach oceniam pozytywnie, one nie obnizaja calosciowej oceny. Obnizaja ja wietnamskie drogi, ulice i tlok. Na drogach spedza sie dobre kilkadziesiat godzin w ciagu kilku tygodni, jesli ktos lubi sobie pospac w podrozy to niech wstrzyma sie z tym na czas jazdy po wietnamskich arteriach. Wertepy sa wszedzie. Nawet gdy jedziemy rownym asfaltem i wydaje nam sie, ze to bedzie wygodna przeprawa to w kazdej chwili jakosc nawierzchni moze zmienic sie diametralnie i zapewniam, zmieni sie. Wietnamskie klaksony zasluguja na oddzielna epopeje, kierowcy uzywaja ich czasem juz tylko z przyzwyczajenia, nawet kiedy nie ma ku temu najmniejszego powodu. Kazde wyprzedzanie to seria dzwiekow, przed, w trakcie i po. Kazdy zakret to dzwiek ostrzegawczy, sygnalizuje sie nim tez prosby o ustapienie drogi. Reasumujac, jesli ktos ma lekki sen to niech kupi sobie jeszcze przed wyjazdem wiadro zatyczek do uszu. Ja na szczescie szybko nauczylem sie spac po wietnamsku, nawet na srodku najruchliwszego skrzyzowania. Dla mnie najmniej komfortowy w Wietnamie byl powszechny tlok (i przy okazji swiadomosc jego totalnej irracjonalnosci). Nie lubie gdy jest wokol mnie duzo osob, wiec ta kwestia byla dosc dokuczliwa. Nie lubie przebijac sie przez zatloczone ulice i zastawione chodniki, latwo sie tego nauczyc, szybko wchodzi to w krew i ma to swoj pewien urok, ale tylko przez pierwszy tydzien – pozniej zwykle przechodzenie przez ulice czy nawet spacer ulica staja sie po prostu irytujace.

Pogoda: 8/10

Spedzilem trzy lata w Irlandii, wystarczajaco dlugi czas, zeby reszte zycia zwiazac z cieplym klimatem. Owszem, przeskok z zimowej Polski do upalnego Sajgonu moze byc odrobine szokujacy, ale klimat w Wietnamie nie jest skrajna udreka. Jest jednak kilka niuansow – na polnocy Wietnamu w srodku europejskiej zimy jest dosc chlodno, szczegolnie w gorach. W Sa Pa odnotowalem jednego dnia tylko 6 stopni powyzej zera. Srednia temperatura w rejonie Ha Noi wynosi od 15 do 20 stopni i jest raczej pochmurnie. W tym samym czasie na poludnie od Hoi An temperatura rzadko spada ponizej 25 stopni, a zazwyczaj przekracza 30. Za to gdy w czasie europejskich letnich miesiacow w rejonie stolicy Wietnamu robi sie ladnie, cieplo i bezchmurnie to na poludniu rzadzi juz pora deszczowa, temperatury jednak nie zmieniaja sie znaczaco. Jesli ma sie w zasiegu reki wentylator, klimatyzacje lub zimne napoje czy rower to upaly sa calkowicie niegrozne.

Latwosc: 2/10

No dobrze, ta ocena moze sugerowac, ze podrozowanie po Wietnamie to nielatwa sprawa. Wrecz przeciwnie, Wietnam, jak na moj gust, jest za latwy. Nie przeskoczylem na druga strone planety po to zeby miec latwo. Zazwyczaj najlepsze wspomnienia z podrozy mam z sytuacji stresogennych, gdy gdzies sie zgubilem, gdy w hotelu zaginela moja rezerwacja, gdy zaczelo sie sciemniac, a ja nie mialem transportu. Musiala byc po prostu odpowiednia dawka stresu. Jesli ktos chce pojsc w slady pierwszych odkrywcow, przezyc dreszczyk emocji, poczuc buzujaca adrenaline to niech wybierze inne miejsce (chyba, ze uznamy roznego rodzaju sporty ekstremalne i trekkingi za pelnowartosciowe zrodla przygody, czego ja nie robie). W Wietnamie transport, noclegi, bezpieczenstwo i komunikacja po prostu nie daja szans na przezycie calkowicie nieprzewidywalnego i pelnego napiecia dnia. Wiec nie dziwie sie juz calym rodzinom z malymi dziecmi, ktore przyjezdzaja tutaj na wakacje. Bo nie liczac kilku naprawde odizolowanych miejsc, Wietnam to kraj na wakacje, nie na pelna niewiadomych wyprawe.

Ocena ogólna: 6.5/10

Jeszcze przed wyjazdem postrzegalem Wietnam jako kraj bardzo turystyczny oraz zatloczony i juz wtedy planowalem jak najszybsze przeskoczenie do Kambodzy. Chcialem oczywiscie poznac ten kraj lepiej, zobaczyc jak najwiecej i byc moze nawet zmienic zdanie. Na pewno jest to fascynujace i ciekawe miejsce, przede wszystkim inne, ma bogata historie, kulture i niesamowite krajobrazy. Na pewno jest to miejsce stworzone dla niektorych ludzi, jednak, co wiedzialem zawsze, nie jest to miejsce dla mnie. A ludzie, ktorzy mnie dobrze znaja, wiedza zapewne dlaczego.

Budzet: 20-25 USD/dzien

Jest to opcja umiarkowanie ekonomiczna (jedzenie, transport, noclegi, bilety wstepu). Dla chcacego przezycie dnia za 15 dolarow nie jest zapewne niemozliwe. Mozna tez skorzystac z opcji za 200 dolarow na dobe, ale to juz nie moja bajka i mam nadzieje, ze nigdy moja nie bedzie.

Odcinek VIII

// Styczeń 18th, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010


Dzień 22
18 stycznia 2010
Hoi An, Wietnam
15°52′ N, 108°19′ E


Narobilo sie zaleglosci, ale na pisanie ostatnio nierzadko brak czasu lub brak energii, a najczesciej obu tych rzeczy i spokoju, wymaganego do skupienia sie, ten odcinek bedzie wiec wyjatkowo dlugi. W ostatnim wsiadalem wlasnie do pociagu majacego zabrac mnie do Lao Cai, przystanku w drodze do Sa Pa, miejscowosci w gorach oddalonej od niego o 38 km. Podroz koleja okazuje sie najlepszym sposobem (po lataniu) przemierzania jakichkolwiek wiekszych odleglosci w Wietnamie. Z kilku podstawowych powodow – po pierwsze w snie nie przeszkadza ciagle trabienie, piszac „ciagle” mam na mysli srednio jeden klakson na 5 sekund, noca, bo za dnia ta srednia znacznie puchnie. Po drugie pociag nie podskakuje na wertepach, a asfalt jest tu wciaz calkiem swiezym wynalazkiem, a rowny asfalt calkowita nowinka. Przyznaje, ze mimo wszystko, nawet w pociagu, lepiej jest miec ponizej 180 cm wzrostu, te kilka dodatkowych zupelnie nie pomaga. Podroz przebiegla bez zaklocen, kilka minut po szostej rano obudzilo mnie walenie do drzwi przedzialu, budzenie polaczone ze sprzedaza kawy. Kilka minut pozniej, jeszcze zaspany wchodzilem w tlum naganiaczy na stacji Ga Lao Cai. Mialem o tyle latwa sytuacje, ze przy wyjsciu czekala na mnie osoba z moim nazwiskiem na tabliczce, o dziwo nieprzekreconym, przyslana przez hotel i w ten sposob bylem pierwsza osoba w naszym busie do Sa Pa. Oczywiscie w calym Wietnamie panuje zasada, ze bus nie odjedzie dopoki nie jest pelny, w biznesie trzeba wycisnac kazdego mozliwego centa, dlatego tez przez kolejne pol godziny trwalo naganianie na dworcu, a pozniej na okolicznych ulicach za pomoca wrzaskow z okna samochodu. Podroz busem do Sa Pa trwa od 60 do 90 minut i kosztuje 30000 dongow (4,5 PLN). Jest to podroz zabierajaca nas na wysokosc 1600 metrow nad poziomem morza, niekonczaca sie kreta serpentyna. Jesli jest to dla kogos pierwsze zetkniecie sie z komunikacja drogowa w Wietnamie to moze sie odrobine wystraszyc, mnie juz jednak nie moglo nic zdziwic, nawet to, ze mozna jezdzic bez swiatel w gestej mgle, w ktora wjechalismy po okolo kwadransie. Bus zawiozl mnie prosto pod drzwi hotelu (Sa Pa Starlight, 9,5 USD/30 PLN za noc), gorujacego nad miejscowoscia, co mozliwe bylo do zaobserwowania dopiero nastepnego dnia. Pierwszego dnia jedyne co bylo widac w promieniu trzech metrow to gesta mgla, biala nicosc. Temperatura nie pomagala w eksplorowaniu okolic, na ktore poswiecilem okolo godziny – bylo okolo 7 stopni. Miasteczko jest nieduze, mysle, ze mozna je zmiescic w okregu o srednicy 2 km, sa jednak znaczne roznice wysokosci pomiedzy jego poszczegolnymi czesciami.


Hotel rezerwowalem za pomoca hostelworld.com, ktory pewnie jeszcze niejednokrotnie okaze sie przydatny. Zamiast rezerwowanej jedynki dostala mi sie jednak dwojka, z balkonem z widokiem, ale na ten z oczywistych przyczyn przyszlo mi poczekac. Lacznie z lazienka moje lokum w Sa Pa bylo wieksze od mojego ostatniego mieszkania w Dublinie, jednak okazalo sie to byc minusem tego pierwszego, zimnego dnia w gorach, wieksza powierzchnie trudniej ogrzac, a wypada zaznaczyc, ze ogrzewania nie bylo zadnego, a szczelnosc okien i drzwi pozostawiala wiele do zyczenia. Za 50000 dongow (7,5 PLN) za dobe mozna jednak wypozyczyc przenosny grzejnik, ktory zimowe wszak dni w Sa Pa potrafi uprzyjemnic. Nie pozostalo mi wiele wiecej do zrobienia tego pierwszego dnia, poza kumulowaniem ciepla i trzymaniem kciukow za lepsza pogode dnia nastepnego. I to najwyrazniej pomoglo, kilka minut po szostej rano obudzilem sie i pierwsze co zrobilem to odsunalem zaslone by sprawdzic widocznosc, a widok, ktory ukazal sie moim oczom spowodowal, ze zerwalem sie na rowne nogi. Kilka sekund pozniej, juz na balkonie stalem jak wryty patrzac na jeden z najpiekniejszych wschodow slonca, jakie kiedykolwiek widzialem. Dolne partie Sa Pa skryte byly pod koldra mgly, ja znajdowalem sie nad nia, a wszedzie wokol widac bylo ciagnace sie pasma gor – widok, ktory ciezko opisac slowami. Stalem tak mamroczac do siebie, pewnie dobry kwadrans, zrobilem kilka zdjec i juz zaczalem ukladac w glowie plan dnia. Sa Pa to miejscowosc bardzo turystyczna, takiego zageszczenia restauracji i kawiarni nie widzialem chyba nigdzie. Dodatkowo na kazdym kroku oferowane jest wszystko, od wody i papierosow, przez xe om (motorower) po lokalne ozdoby. Te ostatnie wciskane sa na kazdym kroku przez ludnosc Hmong z okolicznych wiosek, mlode dziewczyny i stare kobiety, ubrane w typowe dla regionu etniczne stroje, poslugujace sie lepszym angielskim niz jakakolwiek kasjerka PKP w Polsce i calkiem sprawnie uzywajace swoich telefonow komorkowych.

Lokalna ludnosc

Mialem mieszane uczucia patrzac na to jak naplyw przyjezdnych wplywa na ich zycie, powodujac, ze ich byt zalezy w wiekszym stopniu od naiwnych turystow niz od pracy, hodowli i rolnictwa, ktorym poswiecali sie przez setki lat. Z drugiej strony zrozumiale jest, ze kazdy w Wietnamie probuje w jakis sposob polepszyc swoj byt – w jednej z wietnamskich gazet wydawanych w jezyku angielskim wyczytalem, ze nauczyciel zarabia tutaj od 25 do 50 dolarow na miesiac – czyli mniej wiecej tyle ile ja wydaje tu w dwa dni. W „The House on Dream Street” Dany Sachs, ksiazce, ktora skonczylem czytac wlasnie w Sa Pa ukazana jest niesamowita transformacja, jaka miala i ma wciaz miejsce w Wietnamie. Z miejsca, do ktorego ciezko bylo sie dostac przed 1989 rokiem i gdzie najpopularniejszym srodkiem transportu byl rozklekotany rower lub wlasne nogi, Wietnam w kilkanascie lat zmienil sie w mekke turystow z calego swiata, wsrod ktorych wioda prym rozpieszczeni nastolatkowie z USA wydajacy beztrosko dolary i jest to teraz miejsce, gdzie kroluja motorowery, a rower jest juz tylko uzywany przez biedote. Czesto tym motorowero-skuterem jest Honda Dream, stad tytul ksiazki pani Sachs. Jeszcze pietnascie lat temu niewielu Wietnamczykow bylo stac na mieso w ich pho – dzis podstawowy skladnik w pho bo (kluski z wolowina) czy pho ga (kluski z kurczakiem), a gdy pozniej rozpieszczeni wegetarianie z Zachodu zamawiali „pho bo bez bo” smiano sie z nich w Ha Noi, gdzie pamietaja jeszcze bezzalogowe samoloty rozpoznawcze z czasow konfliktu z USA, ze zamawiaja samolot bez pilota, bez najwazniejszego skladnika. W jakis sposob zmiany zachodzace w Wietnamie odzwierciedlaja to co mialo miejsce w Polsce na poczatku lat 90-tych, oczywiscie na inna skale. Nas od II Wojny nie dotknely konflikty ani podzialy w takim stopniu jak Wietnamczykow, ktorzy od tamtego czasu bili sie juz z Francuzami, Amerykanami, Kmerami i Chinczykami. Poza tym przepasc cywilizacyjna, choc moze poprawniej byloby nazwac ja technologiczna, od zawsze byla pokazna miedzy regularnie kolonizowana poludniowo-wschodnia Azja i Europa. Jednak i tak mozna zauwazyc znajome zachlysniecie sie pieniadzem, ktore stalo sie codziennoscia na Zachod od Buga. A to zachlysniecie przeklada sie na znoszone dzielnie kazdego dnia zaczepki typu „mister, buy from me?”. Zmiany widac najbardziej chyba w Ha Noi, gdzie wsrod skuterow i rowerow w ciasnych, waskich uliczkach przeciskaja sie luksusowe Lexusy i Mercedesy, tak jak u nas na poczatku kapitalizmu robilo sie niesamowite fortuny, tak tutaj okazji do zrobienia interesu nie brakuje.

Sa Pa Square

Wracajac do Sa Pa, w samym miasteczku mozna rzucic okiem na targ odbywajacy sie na glownym jego placu, gdzie mozna znalezc towary i ozdoby wyrabiane w okolicy oraz na mniejszy targ, ciemny, skryty pod plachtami, majacy swoje miejsce w nizszej partii miasta, do ktorej mozna sie dostac z pho Cau May (pho – ulica). Tutaj kroluja juz owoce, warzywa, mieso. Poza tym w Sa Pa mozna juz tylko zjesc i sie napic. Ceny w pelnej rozpietosci, jest to jednak miejsce popularne, wiec ceny winduje sie gdzie tylko sie da, z drugiej strony jest to jednak szczegolnie biedna czesc kraju, wiec i windowanie ma swoje granice. Spokojnie mozna najesc sie com ga (kurczakiem z zapiekanym ryzem) za okolo 50000 dongow (7,5 PLN). Mozna tez zjesc pizze, jednak tutaj ceny (zapewne okolo 90000 dongow) windowane sa juz pod bardziej snobistyczna klientele, ludzi, ktorzy nie podrozuja na 20-dolarowym backpackerskim budzecie i ktorzy nawet z dala od domu lubia jesc swoje, a nie obce, takich jest tutaj tez zatrzesienie.

Pierwszego slonecznego dnia w Sa Pa szybko zjadlem sniadanie, kilka metrow od straganu, na ktorym je nabylem. Stanowil je typowy francuski chleb plus ryz z fasola posypany czyms co wygladalo jak smazona welna, a smakowalo jak skwarki – pychota. Najedzony bylem biedniejszy tylko o 12000 dongow (1,80 PLN). Nie wiadomo bylo jak dlugo utrzyma sie pogoda, wiec szkoda bylo marnowac dzien na lenistwo, przez nastepne kilka godzin, tym razem juz pieszo i w dol powtarzalem trase, ktora pokonalem busem z Lao Cai. Po drodze, zanim wjechalismy w mgle, widzialem wtedy piekne tarasy z poletkami ryzowymi i byl to w sumie dobry punkt docelowy dla pierwszej przechadzki, odleglosc do nich ocenialem na jakies 10 km. Schodzenie w dol oznaczalo jednak, ze te sama odleglosc bede musial pozniej pokonac wspinajac sie. Po drodze usiadlem jeszcze na chwile by poprzygladac sie porannemu apelowi w miejscowej szkole. Dziesiatki uczniow, w typowych wietnamskich mundurkach, ktore wygladaja jak bialo-niebieskie bluzy z ortalionu, przysluchiwaly sie przemowieniu plynacemu z glosnikow w otoczeniu portretow wujka Ho i propagandowych hasel socjalizmu. Troche to kontrastowalo z pobliskimi szkolnymi kortami tenisowymi, ktorych moglaby pozazdroscic niejedna podstawowka w Polsce. Chwile po opuszczeniu Sa Pa zapomniec moglem juz o ciaglym powtarzaniu „nie, dziekuje”, skupic moglem sie za to na machaniu do dzieci, ktore wybiegaly przed swoje domy wolajac „hello” i co najfajniejsze, nie chcialy niczego w zamian. Droga ta jednak uczeszczana jest przez ludnosc Hmong zmierzajaca do miasta by tam sprzedawac swoje ozdoby, materialy, ale takze plony, wiec co jakis czas bylem goraco zachecany do odwiedzenia ich wiosek lub kupienia jakichs upominkow, jednak juz nie na kazdym kroku, jak to mialo miejsce w Sa Pa. Juz kilka kilometrow za miasteczkiem mozna podziwiac pola ryzowe i gory, czesc masywu Hoang Lien Son, graniczacego zreszta z Himalajami, ktory otacza ten region z kazdej strony.

Paddies

Pierwszy raz w Azji nade mna bylo bezchmurne niebo i moglem zaczac martwic sie o nadmierna opalenizne, ale to mialo miejsce dopiero nastepnego dnia, gdy spojrzalem w lustro po powrocie z kolejnej wycieczki. A te zaplanowalem juz szczegolowo i tak tez sie do niej przygotowalem. Dwa litry wody, dwa chleby, jakies ciastka, mapa i kierunek na Silver Waterfall (Thac Bac) oddalony od Sa Pa o okolo 15 km. Znowu, juz po kilku kilometrach, ciezko uwierzyc w jak pieknym miejscu sie znajduje, idzie sie przez wiekszosc czasu ponad chmurami lub moze mgla, ciezko tak naprawde powiedziec.

*

Wyszedlem z hotelu kilka minut po dziewiatej, po dwunastej bylem na miejscu, a droga, caly czas pod gore, nie okazala sie byc szczegolnie ciezka, czym mnie troche zaskoczyla. A moze to naprawde niesamowite widoki lagodzily w jakis sposob trudy wspinaczki. Gdy patrzylem w prawo widzialem strome zbocza gor, czesto prawie pionowe skaly, gdy patrzylem w lewo widzialem wawoz, gdzie przez chmury widac bylo w dole male wioski i okoliczne pola ryzowe. A po ich drugiej stronie kolejny lancuch wysokich gor z niezliczonymi szczytami. Naprawde mozna usiasc w takim miejscu i po prostu siedziec, patrzac na to wszystko godzinami. I oddalem sie takiemu gapieniu sie gdy dotarlem w okolice wodospadu, ktory sam w sobie nie jest niczym szczegolnym, ale widoki na wspomniana doline i gory sa warte takiej wyprawy.

*

Mozna sie tam dostac motorowerem, ktory w hotelu oferowano mi za 150000 dongow (23 PLN – bez paliwa), ale cala wyprawa potrwalaby moze godzine i przez reszte dnia nie bardzo wiedzialbym co ze soba zrobic, a co najwazniejsze, to oszustwo. Jak mowilem spotkanemu w Sa Pa Alberto z Wloch, „motorbike is cheating”. Tam gdzie moge chce dojsc na wlasnych nogach, a szczegolnie bedac w pieknym miejscu wole je chlonac powoli i ciagle, a nie na krotkich przystankach przy drodze. Ilosc naganiaczy w okolicach wodospadu wrocila do normy z Sa Pa, szybko przeszedlem przez to centrum turystyczne (najwyrazniej zreszta przez turystow opuszczone) i wspialem sie troche wyzej, by przed powrotem do Sa Pa w spokoju zjesc, napic sie i patrzec z gory na korony drzew i rozciagajace sie po horyzont lancuchy gorskie. Powrot zajal mi mniej wiecej tyle samo czasu i teoretycznie mial byc mniej wymagajacy, ale gdy wracalem slonce bylo juz wysoko na niebie i nie bylo zadnej chmurki w jego okolicy. Nie braklo mi prowiantu ani wody, jednak szesc godzin w gorach, w pelnym sloncu, z krotkim tylko postojem, potrafi zmeczyc. Dopiero w hotelu zorientowalem sie, ze udalo mi sie calkiem ladnie spalic twarz i do momentu, w ktorym pisze te slowa, prawie tydzien od tamtego czasu, z nosa, czola i skroni schodzila mi skora, ale kto sie mogl spodziewac tego, ze w polnocnym Wietnamie, w miejscu gdzie jeszcze dwa dni wczesniej bylo cale 7 stopni na plusie, bede potrzebowal kremu z filtrem. Ostatniego dnia w Sa Pa pogoda dala znowu popalic, temperatura spadla do okolo 6 stopni i mgla ukryla przed oczami wszystko co lezy dalej niz trzy metry od patrzacego. Nie moglem juz doczekac sie transportu do Lao Cai, miejsca lezacego nizej i gdzie na pewno musi byc cieplej.

Czekajac na busa dokonczylem druga ksiazke, w ktorej lekturze nie moglem sie porzadnie rozpedzic w Polsce, a ktora wchodzila mi teraz jak woda, w miejscu, o ktorym traktowala. „Derailed in Uncle Ho’s Victory Garden” Tima Page’a to bardziej reporterska niz osobista relacja z powrotu do Wietnamu i Kambodzy, 20 lat po zjednoczeniu tego pierwszego, ale czyta sie to calkiem sprawnie, szczegolnie ciekawe okazuja sie byc strony, na ktorych znajduja sie opisy miejsc dopiero co odwiedzonych, tak jak chocby akcja z zagubionym Nikonem w gorach niedaleko od miejsca, w ktorym akurat siedzialem. Wymienilem oba wspomniane w tym wpisie tytuly w pobliskiej ksiegarni („books-store”), po okrutnym kursie dwoch moich ksiazek za jedna ich, na „In Xanadu” autorstwa Williama Dalrymple’a. Kolejna lektura w sam raz na trase – tym razem opisujaca przygody wyprawy sladami Marco Polo, ladem z dzisiejszego Izraela do Chin i Mongolii. W koncu przyjechal moj dylizans i bylem juz w drodze do Lao Cai, skad ta sama droga jaka przybylem czyli pociagiem, mialem dotrzec z powrotem do Ha Noi.

Sam dworzec w Lao Cai okazuje sie byc przygoda sama w sobie. W ciagu dnia zazwyczaj opustoszaly budzi sie do zycia wczesnym rankiem i wieczorem, gdy odjezdzaja i przybywaja pociagi z Ha Noi. Setki turystow i rodowitych Wietnamczykow zjezdza tu z calych okolic by wsiasc w jeden z kilku pociagow odjezdzajacych co wieczor w kierunku stolicy, dodatkowo bliskosc granicy z Chinami ma na pewno wplyw na wzmozony ruch. Bilet na pociag mialem odebrac na stacji, wedlug ulotki bedacej jednoczesnie dowodem sprzedazy, mialem zjawic sie tam godzine wczesniej by potwierdzic miejsce w pociagu i dostac wlasciwy kwitek z oznaczonym przedzialem i miejscem. W kasie odeslano mnie jednak do grupki stojacej przed dworcem, ktora wygladala, delikatnie mowiac, podejrzanie. To od nich mialem dostac bilet i faktycznie jedna z kobiet trzymala plik malych druczkow, ktore pamietalem z wczesniejszej podrozy z Ha Noi. Nic nie jest tu imienne, a ulotka, ktora miala poswiadczac moje prawo do biletu wygladala na calkiem latwa do podrobienia, wiec zastanawialem sie czy mam sie spodziewac jakichs problemow. Kobieta spojrzala na mnie, opuscila na chwile kukurydze na patyku, ktora energicznie obgryzala, spojrzala na ulotke, potem nie bardzo wiedzac co zrobic ze swoim przysmakiem po prostu rzucila go przed siebie, dokladnie w srodek glownego wejscia na dworzec, prawie trafiajac jednego z podroznych i dala mi upragniony bilet nie wypowiadajac nawet slowa. Dwadziescia minut po piatej rano maszerowalem juz ulicami Ha Noi, ktore zaczynaly budzic sie do zycia, o osmej mialem wsiadac w autokar zabierajacy mnie do Ha Long City, portowego miasta w zatoce Ha Long, gdzie mialem spedzic kolejne dwa dni.