Odcinek VI
// Styczeń 6th, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010
Dzień 6
2 stycznia 2010
Macau
22°10′ N, 113°33′ E
Macau (moze i powinno sie pisac Makau, ale juz sie przyzwyczailem) przywitalo mnie pochmurna, a raczej smogowo mglista, ale ciepla pogoda. Przed przyjazdem o tej bylej kolonii portugalskiej wiedzialem tylko tyle, ze byla kolonia i obecnie znana jest glownie z luksusowych kasyn. Portugalskie wplywy sa wciaz wyczuwalne, wszystkie znaki sa zarowno w jezyku kantonskim jak i portugalskim, a mozna tez spotkac indywidualne symbole przynaleznosci do Portugalii, w postaci flag czy naklejek na samochodach. Wysiadlem z promu kilka minut przed dziewiata, bylo moze dosc wczesnie, ale i tak zaskoczyly mnie pustki panujace w miescie. Moze to kontrast w stosunku do permanentnie zatloczonego Hong Kongu, ale wydawalo sie jakby zarzadzono jakis czas wczesniej ogolna ewakuacje calego Macau. Po kilkunastu minutach na ladzie zorientowalem sie, ze Macau jest duzo, duzo mniejsze od Hong Kongu i postanowilem do swojego hostelu dostac sie pieszo, poslugujac sie kiepskiej jakosci zdjeciami map, zrobionymi komorka. Nie potrwalo to dlugo, wydaje sie, ze cale miasto mozna obejsc wokol w jeden dzien (w kazdym razie polwysep), ja mialem kilkanascie godzin, wiec ograniczylem sie do najbardziej rzucajacych sie w oczy punktow.
Po krotkich poszukiwaniach odnalazlem swoj hostel, prowadzony przez niejakiego Richarda, znajdujacy sie w jednej z kamienic w samym centrum miasta. Po wdrapaniu sie po dosc stromych schodach na trzecie pietro zastalem podwojne drzwi i mieszkanie trzypokojowe, ktore stanowilo caly hostel. Pierwsze wrazenie nie bylo najlepsze, lobby, jesli mozna tak je nazwac, bylo zagracone, na dwoch pryczach spali ludzie, dwa pokoje, po trzy pietrowe lozka w kazdym, byly pelne, moj pokoj, z jednym pietrowym lozkiem stal jednak pusty. Za nocleg placilem karta kredytowa w dolarach Hong Kongu, ktore maja prawie dokladnie taka sama wartosc jak lokalna waluta, Pataka (MOP). W hostelu spotkalem Manfreda, Austriaka, tak na oko 40-letniego, ktory podzielil sie ze mna wizytowkami roznych wartych uwagi miejsc w Phnom Penh, Vientiane, Nha Trang i Bangkoku, latwiej bedzie znalezc dzieki temu tani nocleg, piekarnie czy restauracje w miejscach, do ktorych dotre w pozniejszym czasie. Dobrze bylo chwile porozmawiac w znajomym jezyku (angielskim), tego dnia mialem przypadek bolesnej tesknoty i malego zwatpienia w sens calej wyprawy, krotka rozmowa dwoch wagabondow przywrocila mi jednak kierunek i przypomniala czemu jestem gdzie jestem.
Macau bylo wciaz opustoszone gdy wybralem sie na spacer. Zachodnich turystow bylo bardzo niewielu, czulo sie duzo wiekszy wplyw kontynentalnych Chin, ktore byly tak naprawde juz tylko o przyslowiowy rzut beretem. Calkiem ladna panorame centrum Macau mozna podziwiac znad jeziora w poludniowej czesci polwyspu, tam ulice nalezaly tak naprawde do mnie, nie bylo nikogo. Z daleka widac juz bylo wieze Macau Tower, ktora najwyrazniej znana jest tylko z tego, ze to najwyzsze komercyjne miejsce skokow bungee na swiecie. Z okolic wiezy mozna zaobserwowac mosty prowadzace na wyspe Taipa, wieksza czesc Macau, na ktora mozna pewnie poswiecic drugi dzien w tym miejscu. Wyrozniajacym sie budynkiem jest kasyno Grand Lisboa, w ksztalcie kwiatu, ktore wyglada tak samo imponujaco z daleka jak i z bliska. Mozna kluczyc po niezliczonych waskich uliczkach, zaszyc sie gdzies na Starym Miescie, nie mialem jednak zbyt wiele czasu, Macau to jednak tym razem tylko stacja przesiadkowa. Nastepnego ranka z miejscowego lotniska lece do Hanoi, z przesiadka w Singapurze. Bylo jeszcze jasno gdy wrocilem do hostelu i zapadlem w dlugi, rekordowy chyba jak dotad w czasie tej wyprawy, sen. Nastepnego ranka, o siodmej mialem juz stac na przystanku w oczekiwaniu na autobus linii 21A, ktory mial mnie zawiezc na lotnisko.
Autobus zlapalem bez problemu, za przejazd zaplacilem jedynie 6,40 MOP (2,5 PLN), ale dosc szybko zaczely sie schody. Przedostalem sie wprawdzie na Taipa, ale po opuszczeniu autobusu na koncowym przystanku nigdzie nie bylo widac chocby sladu lotniska. Wczesny ranek, odludna okolica, no i jest problem, bo wizja przegapienia samolotu nagle wydala sie calkiem realna. Porozumienie sie w jezyku angielskim na dodatek jest prawie niemozliwe albo bardzo trudne. Ktos zapisal mi na wizytowce numer autobusu, wsiadlem w inny, bo nie mialem czasu do stracenia, nie mialem wystarczajaco duzo drobnych na przejazd, ale kierowca przymknal oko, podwiozl mnie kawalek i wysadzil w Coloane, gdzie mialem lapac nastepny autobus. W jeszcze zamknietej restauracji udalo mi sie rozmienic banknot na monety i gdy po kilku minutach zdesperowany chcialem do niej wrocic, zeby poprosic o zamowienie taksowki, przyjechal w koncu autobus, linii 26. Zanim sie w nim rozsiadlem musialem sie upewnic, ze na pewno jedzie na lotnisko, probowalem po angielsku, nawet odrobine po portugalsku (bo odrobina to wszystko co potrafie w tym jezyku), na nic. Zaczalem w koncu udawac samolot, robiac glupie miny i wydajac z siebie dzwieki, jakich moglby mi pozazdroscic niejeden kukuruznik. Niewiele to pomoglo, ale w pewnym momencie kierowca przylaczyl sie do zabawy i zamiast jak ja prezentowac skrzydla samolotu pokazal dlonia startujaca maszyne i wydal z siebie dzwiek, ktorego nigdy nie wzialbym za odglos startujacego odrzutowca. W kazdym razie wiedzialem juz, ze to jednak dobry autobus i kilkanascie minut pozniej bylem na miedzynarodowym lotnisku w Macau.
Tutaj bylem juz otoczony przez samych Chinczykow, ktorzy czuja sie tu zdecydowanie bardziej u siebie niz w Hong Kongu. W Macau bez zadnych skrupulow pluja wszedzie naokolo, a przed terminalem odlotow zdarzyl mi sie jeszcze przypadek, gdzie jeden z autochtonow kulturalnie odwrocil sie od grupy, z ktora przebywal i patrzac mi prosto w oczy zaczal wydlubywac cos z nosa z wielkim zacieciem, jak to w opisie Europy z Pulp Fiction, „little differences”, male, ale zabawne roznice. Kilka godzin pozniej bylem juz w Singapurze, gdzie panuje straszny zaduch, tak wielki, ze otwarcie drzwi do terminalu posylalo na wszystkie strony lodowaty w kontrascie podmuch klimatyzowanego powietrza. Przed odlotem zdazylem jeszcze odnotowac fakt smiesznego akcentu i melodii z jaka Singapurczycy mowia po angielsku, momentami ciezko ich zrozumiec, ale brzmia calkiem zabawnie. Singapur to jednak zdecydowanie bardziej nowoczesne miejsce niz Macau, na dodatek czuc bylo juz ten klimat tropikow, ktorego znowu zasmakuje podrozujac na poludnie z Hanoi, w ktorym wyladowalem kilka minut po 20 lokalnego czasu (czternastej czasu polskiego) w samolocie juz w wiekszosci wypelnionym zachodnimi turystami. Good evening, Vietnam.













