Odcinek XVII
// Luty 16th, 2010 // No Comments » // Azja 2009/2010
Dzień 47
12 lutego 2010
Muang Khong, Laos
14 07′ N, 105 51′ E
Indochiny to dosc rozlegla kraina, a jednak wpada sie co jakis czas na ludzi poznanych gdzies w trasie w innym kraju. Oczywiscie prawdopodobienstwo takich spotkan rosnie, w koncu wszyscy przeciskamy sie przez te same gardla komunikacyjne, do wiekszosci miejsc po prostu prowadzi nierzadko jedna droga. Tak w Sihanoukville wpadlem na 59-letniego Francuza, poznanego w autobusie do Siem Reap. A w Stung Treng, w minibusie do Laosu spotkalem Bena z Wielkiej Brytanii, na ktorego wpadlem miesiac wczesniej w Nha Trang w Wietnamie. Wtedy poznalismy tez innego wyspiarza, jego pozniej spotkalem w Sajgonie. Ben zaczal podroz w Japonii i krok po kroku zbliza sie do docelowej Nowej Zelandii, skad po roku planuje ruszyc do Ameryki Poludniowej. Jak sie okazuje w niedalekiej przyszlosci bedziemy w Singapurze mniej wiecej w tym samym czasie.
Na tym etapie okazalo sie, ze jedziemy w to samo miejsce, na wyspe Don Khong na Mekongu, jedna z tworzacych Kraine 4000 Wysp czyli Si Phan Don w Laosie. Granica z Laosem to niecala godzina drogi (minibusem – 15 USD do Don Khong) od Stung Treng, sklada sie z jednego wiekszego domku po stronie laotanskiej i dwoch malych chatek ze szlabanem, po kazdej ze stron granicy. Mozna juz na niej uzyskac wize laotanska (a nie mozna bylo tego zrobic jeszcze niedawno), choc ja moja juz od listopada nosilem w paszporcie. Po kazdej ze stron nalezy sie spodziewac, ze mundurowi zazadaja „stamp fee” czyli nieoficjalnej oplaty za wbicie pieczatki w paszport, zwykle wynoszacej okolo jednego dolara. Nasza ekipa przekraczajaca granice skladala sie z pary emerytowanych Kanadyjczykow, Brytyjki i Australijczyka z Londynu, samotnie podrozujacego wiekowego Chinczyka oraz ze mnie i Bena. Twardo oprotestowalismy pobieranie dodatkowych oplat, Khmerowie machneli na nas tylko reka i wyslali nas do posterunku laotanskiego. Tutaj twardy opor nie przyniosl juz rezultatow, po okolo kwadransie zlamala sie pierwsza osoba i wszyscy po niej zaplacili laotanskim oficerom za fatyge. Akurat mialem 5000 rielow (czyli odrobine ponad dolara) niespodziewanej reszty z hotelu, wiec nie musialem oddawac cennych banknotow jednodolarowych. Po drugiej stronie granicy czekal juz na nas bus na laotanskich numerach, ktory zawiozl nas do przeprawy przez Mekong. Zwykle w tym celu uzywa sie promu, ktory zabiera kilka samochodow, ale nas zostala tylko czworka, wiec na wyspe dostalismy sie za pomoca dlugiej waskiej lodzi.
Don Khong to najwieksza z 4000 wysp (choc trzeba przyznac, ze wiekszosc z 4000 wysp to takie wieksze krzaki, dwa na dwa metry) i od dziesieciu lat jest na niej elektrycznosc. Tego samego nie mozna powiedziec o Don Det i Don Khon, ale to tam pedza tlumy backpackersow, wabione niskimi cenami i bardziej zywiolowym (czyt. zabawowym) zyciem codziennym. Don Khong jest byc moze dzieki temu bardzo spokojnym miejscem. Razem z Benem zatrzymalismy sie w Souk Sabay Guesthouse, w najwiekszej miejscowosci na wyspie, Muang Khong. Znajduje sie on kilka metrow od miejsca, w ktorym wysiedlismy z lodzi. Dzielac jeden pokoj z wiatrakiem i ciepla woda, placilismy jedynie 25000 kipow za noc na osobe (3 USD/9 PLN). Nasza gospodyni – „Au’lun” (fonetycznie oczywiscie) – potrafila porozumiec sie po angielsku i byla niesamowicie przyjacielska, az chcialem strzelic Benowi z lokcia w bok za to jego uporczywe targowanie sie o wszystko, zrozumiale w Wietnamie czy Kambodzy, prawie zbedne jednak w Laosie. Tu nikt nikogo nie chce naciagnac, podawane kwoty sa raczej na pewno calkiem rozsadne. A szesc dolarow za pokoj dla dwoch osob to calkiem niewygorowana cena.
Muang Khong to tak naprawde kilka pustawych ulic, wsrod ktorych jedna z najwiekszych konstrukcji stanowi Wat Phuang Kaew. Na wyspie nie ma bankomatu, jest za to klimatyzowany oddzial banku, Western Union i kantor w jednym – czesto trafiaja sie tu turysci nawet bez odrobiny gotowki. Tu w koncu oddalem swoje ciuchy do prania i rozwazalem wypozyczenie roweru. Tutaj nie ma juz naganiaczy, nawet kelnerzy nie wciskaja menu w pospiechu. Laos znany tez jako Lao PDR to miejsce gdzie od zysku wazniejszy jest relaks. PDR czesto rozwijane jest jako Please Don’t Rush (bez pospiechu, prosze). Moze nie jest to az tak dramatyczna zmiana jak rysuja ja w przewodnikach i internecie, ale faktycznie daje sie zauwazyc odmiennosc klimatu.
Ben, jak na kogos kto ponoc nie sprawdzal stanu swojego konta od wyjazdu z Londynu, targowal sie o wszystko, nawet o wage swojego prania. Dzieki temu skapstwu wynajelismy skuter na pol dnia za 40000 kipow czyli okolo piec dolarow. Planowalem zostac na wyspie kilka dni i zjechac ja cala rowerem, ale rzadko kiedy trafia sie taka okazja na wygodny i szybki transport, wiec wyprowadzilismy skuter na droge i ruszylismy w objazd wyspy. Najpierw trzeba bylo jednak zatankowac – paliwo na wyspie jest dosc drogie, za litr zaplacilismy 10000 kipow, w Vientiane litr to okolo 8000 kipow, mniej wiecej jeden dolar. Stacja benzynowa to drewniana chatka wygladajaca jak kasa biletowa w wesolym miasteczku. W srodku znajduje sie dystrybutor czyli okolo pieciolitrowy zbiornik umieszczony na beczce z paliwem, do ktorego pompuje sie je za pomoca korbki. Nastepnie spuszcza sie z niego paliwo przez gumowa rurke wprost do baku. Zmienialismy sie co jakis czas za kierownica, bo trzeba przyznac, ze przy glebokich dziurach wyskakujacych na srodek drogi bez ostrzezenia, kierowca nie ma raczej wielu okazji do podziwiania krajobrazow. Don Khong to kilka wiosek rozrzuconych po wybrzezu wyspy i droga obiegajaca ja cala wokol i kilka ja przecinajacych. Mysle, ze calosc na skuterze mozna objechac w moze dwie godziny.
Ruszylismy na poludnie, droga dzielaca zielone pola i male zagajniki, na drodze poza nami i pieszymi nie bylo nikogo. Nie ma tu konkretnych punktow, ktore mozna umiescic w przewodniku, siada sie tutaj raczej pod palma i patrzy na rzeke. Lub zatrzymuje sie w srodku malego stepu i podziwia wzgorza. Przyjmuje sie tu postawe wodnych bawolow, zanurzonych po szyje i chlodzacych sie w malych rozlewiskach. Miejscowe dzieci uznaja ganianie po rozleglym polu za wielkimi czerwonymi wazkami za wysmienita zabawe. Bo czego trzeba wiecej tak naprawde?
Ben nazwal te wyspe Mini-Laosem, troche na wyrost i zgadujac, bo tak jak dla mnie bylo to dla niego pierwsze spotkanie z tym krajem. Ale cos w tym jest, wyspa znajduje sie na Mekongu, rzece niesamowicie waznej, nie tylko w samym Laosie, ale w sporej czesci tego kontynentu. Znajdziemy na niej rozlegle rowniny, prawie stepy, wzgorza, palmy, lasy i spokoj. Tutaj nie ma korkow, wiekszosc okien nie jest zaslonieta reklamami, nikt nigdzie sie nie spieszy. Nie wszystkim to zapewne odpowiada, ludzie z Zachodu wychowani sa w kulturze ciaglego zapelniania czasu, zadna sekunda nie moze sie zmarnowac, nawet stojac w kolejce do kasy przegladaja czasopisma czy bawia sie swoim telefonem. Znudzenie to oznaka marnotrawstwa, jakis przymiot gorszego zycia. A tutaj to blogoslawienstwo, choc przyznaje, nie zaszkodzi miec ze soba kilku ksiazek, szczegolnie jesli nie lubi sie spac zbyt dlugo.
Przypomnialo mi sie miejscowe powiedzenie: Wietnamczycy sadza ryz, Khmerowie patrza jak rosnie. A Laotanczycy tego jak rosnie sluchaja.
Kontynuujac nasza podroz wzdluz wybrzeza czesto wjezdzalismy do malych wiosek, gdzie miejscowi witali sie z nami wylewnie. Sabaidee… Hello… Dzieci zbiegaly sie z okolicznych chatek aby przyjrzec sie nam z bliska, smialy sie razem ze mna, gdy Ben z wypietym tylkiem probowal uchwycic obiektywem jedna z czerwonych wazek, a ja markowalem kopniaka w latwy cel (w Laosie dotykanie kogos stopa uznawane jest za powazne faux pas). Ani razu w Laosie nie spotkalem sie z chociaz odrobine nawet sceptycznym, niechetnym czy ostroznym spojrzeniem ze strony miejscowej ludnosci. Ani jednego razu. Czulem sie tu milej widziany niz we wlasnym kraju.
Ben zdolal jeszcze oparzyc sobie noge o rure wydechowa naszego skutera i niedlugo pozniej, gdy zaczynalo juz zmierzchac, wrocilismy do Muang Khong. Kolejny wieczor spedzony na rozmowach o dziesiatkach miejsc, w ktorych sie bylo i tych, w ktorych sie dopiero bedzie – wymiana informacji na temat podrozowania pociagiem w Wietnamie na cenne wskazowki dotyczace trekkingu w Nepalu. A wszystko to na patio nad samym brzegiem Mekongu, gdzie miliardy skrzydlatych stworzen odprawialy swoje tance.
Nastepnego dnia, po kilku godzinach slodkiego leniuchowania z ksiazka, niedlugo przed poludniem, przekroczylismy ponownie Mekong, tym razem promem i udalismy sie w dalsza droge, do Pakse w prowincji Champasak. Troche ponad dwie godziny pozniej bylismy na miejscu. W nastepnym odcinku podsumowanie etapu kambodzanskiego.





















